Róbmy swoje
Róbmy swoje

Na zakończenie naszego cyklu poruszającego problemy związane ze statusem zawodu kosmetologa oddajemy głos dwóm lekarzom. Obaj są cenionymi specjalistami, którzy zajmują się nie tylko medycyną estetyczną. Obaj też od lat współpracują z kosmetologami i są przez to środowisko bardzo szanowani.

 

Dr Artur Markowski

 

LNE: Zaczęło się ponad dwadzieścia lat temu od powołania studiów licencjackich na kierunku kosmetologia. Nie zadbano wtedy jednak o ustalenie jasnych zasad wykonywania zawodu kosmetologa. Po co więc stworzono drugi stopień – magisterski – zapętlając sprawę jeszcze bardziej?

Dr Artur Markowski: Chyba należy to zrzucić na czasy, w których to się działo – była połowa lat 90., panowała duża wolność, jeśli chodzi o przedsiębiorczość i realizowanie różnego rodzaju pomysłów, w tym także edukacyjnych. 

 

Efektem jest brak porozumienia między lekarzami i kosmetologami. Ale kiedy patrzy się na oferty klinik medycyny estetycznej, również tych prowadzonych przez lekarzy, którzy nie są postrzegani jako przyjaciele kosmetologów, łatwo zauważyć, że praktycznie każda klinika kosmetologów zatrudnia. Wygląda na to, że w codziennej pracy oba te środowiska mogą się porozumieć. 

Jako jeden z pierwszych w Polsce stworzyłem taką właśnie klinikę łączoną. Lekarz nie jest w stanie wykonać wszystkich zabiegów, zresztą nie ma takiej konieczności. Są nam potrzebni ludzie wykształceni na pograniczu fizjoterapii i kosmetologii, znający się na kosmetykach, diagnozujący skórę, umiejący obsługiwać sprzęty typu lasery czy RF, i to są właśnie osoby, które skończyły studia licencjackie czy magisterskie na kosmetologii. Chociaż, szczerze mówiąc, uważam, że kosmetolodzy są wykształceni ponad miarę – wystarczyłby poziom licencjata. 

 

Dlaczego?

Chociażby dlatego, że magisterium daje fałszywe poczucie, że można robić dokładnie to, co lekarze, czyli zabiegi z użyciem toksyny botulinowej, nici, wolumetrię czy stosować urządzenia wysokoenergetyczne. W grę wchodzi zapewne również ambicja tych młodych osób z tytułem magistra kosmetologii, czemu zresztą trudno się dziwić – w końcu poświęcili pięć lat na studia. Nie przekonuje mnie natomiast argument, że można wykonywać procedury, które wymieniłem, ponieważ jest się absolwentem uczelni medycznej. To za mało.

 

Jak współpraca na linii lekarz – kosmetolog wyglądała w pana klinice?

Przyjmowałem pacjentów, wytyczałem linię postępowania terapeutycznego, a kosmetolog wykonywał określone zabiegi. Jeśli pojawiały się problemy, interweniowałem, a jeśli problemów nie było – kosmetolog sam prowadził pacjenta. Taka współpraca jest konieczna, bo lekarzy jest po prostu za mało. Chociaż, z drugiej strony, spora część tych, którzy mają inne specjalizacje, albo lekarzy bardzo młodych zaczęła się zajmować medycyną estetyczną, więc rynek stał się bardzo ciasny.

I są jeszcze oczywiście kwestie ambicjonalne i finansowe. Dam taki przykład: kiedyś wykonywałem miesięcznie 150--200 zabiegów laserowych, a w tej chwili robię ich 30-40, gdyby więc to było główne źródło moich zarobków, tobym się denerwował. Albo kwestia wypełniaczy, kwasów czy mezoterapii, której wykonuję mniej o 90 procent niż dawniej, bo na każdym kroku jest gabinet kosmetologiczny, który to oferuje. Stąd się bierze problem – i z ambicji, i z kwestii finansowych.

Dla mnie jednak w tym wszystkim najbardziej niepokojące jest to, że młodzi lekarze odchodzą od pacjentów i zajmują się estetyką.

 

To problem etyczny, społeczny, gospodarczy…

I chyba pole do działania dla Ministerstwa Zdrowia – skoro wykształcenie lekarza kosztuje państwo ogromne pieniądze.

 

Na tegorocznym czerwcowym, słynnym już, posiedzeniu komisji zdrowia, na które nie zaproszono kosmetologów, przedstawiono listę zabiegów, których nie powinni oni wykonywać.

Są tam, moim zdaniem procedury, których nie trzeba ograniczać tylko do gabinetu lekarza. Myślę, że pod dyskusję można by poddać techniki pracy laserami wysokoenergetycznymi. na przykład zabiegi przy zmianach rumieniowych – bo to jest kwestia dobrego szkolenia. Poszedłbym na trochę większy kompromis w zakresie zabiegów z wykorzystaniem urządzeń, dlatego że one dają bardziej przewidywalne efekty. Uważam też, że linergistki mogłyby wykonywać zabiegi iniekcyjne z wykorzystaniem kwasu hialuronowego w okolicy ust, bo mają ogromne doświadczenie w pracy z tym obszarem. Ale trzeba przyznać, że to z kolei oznacza otwarcie furtki – skoro kwas w usta, to dlaczego nie w policzki?
Kilka lat temu opublikowałem na łamach LNE list otwarty odnoszący się m.in. do relacji na linii lekarz-kosmetolog. Wtedy do głowy nam nie przychodziło, jakie zabiegi będzie się dziś wykonywać, nie będąc lekarzem. Obawiam się jednak, że ten trend jest nie do zatrzymania.

 

A w jakim kierunku, pana zdaniem, powinna iść kosmetologia?

W stronę holistyki – promocji zdrowia, okiełznania emocji, stresu. Potrzebne są też specjalizacje – ale to również delikatny temat. Na przykład podologia tak, ale już trychologia w gabinetach kosmetologicznych chyba zmierza w dziwnym kierunku. Opiera się w dużej mierze na sprzedaży różnego rodzaju preparatów, które mają mieć lecznicze działanie, a moim zdaniem nie ma solidnej diagnostyki bez biopsji. Niestety przyłożyłem do tego rękę.

 

To znaczy?

Promując trychoskopię czy trycholgię, tyle że chodziło mi bardziej o zaznaczenie tematu – umiejętność zauważenia problemu, a nie o samodzielne leczenie.

 

Mamy jeszcze jedną istotną kwestię, mianowicie szkolenia z inwazyjnych technik prowadzone przez lekarzy dla kosmetologów.

A przecież sytuacja wydaje się prosta – Naczelna Rada Lekarska podjęła uchwałę, w której, mówiąc w skrócie, zabrania lekarzom praktycznego szkolenia nie-lekarzy. Decyzjom NRL musi się podporządkować każda osoba wykonująca ten zawód.

Praca z człowiekiem jest trudna, odpowiedzialna i niestety nieprzewidywalna. Najlepiej byłoby więc, żeby każdy robił swoje, zgodnie z tym, czego się nauczył, zachowując przy tym zdrowy rozsądek.

 

 

Dr n. med. Mariusz Borkowski 

 

LNE: Czy współpracuje pan z kosmetologami?

Dr Mariusz Borkowski: Oczywiście.

 

W jakim zakresie?

Wszystko zależy od ustaleń, jakie mamy w poszczególnych klinikach, ale generalnie kosmetolog wykonuje zabiegi, które przygotowują skórę do tych z zakresu medycyny estetycznej – więc na przykład jest to praca ze sprzętem kosmetologicznym, która ma na celu zagęszczenie skóry, jej regenerację, zwiększenie produkcji kolagenu.

Klinika medycyny estetycznej nie może funkcjonować bez dobrej jakościowo kosmetologii. Współpraca jest konieczna – samo podanie kwasu hialuronowego przez lekarza nie jest rozwiązaniem, do pacjenta musimy podejść całościowo.

 

Skąd w takim razie konflikt między oboma środowiskami?

Z braku jasnych uregulowań – gdyby były, ten temat naturalnie by się zakończył.

 

Jest pan więc zwolennikiem regulacji?

Każdej, dzięki której wszyscy wiedzą, co mogą, a czego nie mogą robić. Jestem zdania, że musimy przestrzegać obowiązujących przepisów i działać w ich ramach. I dopóki przepisy umożliwiają kosmetologom wykonywanie praktycznie wszystkich zabiegów poza iniekcją toksyny botulinowej, która jest lekiem, nie dziwmy się, że wielu z tej furtki korzysta.

 

Konsensus dotyczący zakresu kompetencji powinien, pana zdaniem, zostać wypracowany z udziałem kosmetologów i lekarzy, którzy wspólnie mieliby usiąść do rozmów?

To by było idealne, ale wątpię, żeby było możliwe na poziomie instytucji reprezentujących obie strony.

Istotna jest też inna kwestia – gdyby jedynie lekarze mieli wykonywać wszystkie zabiegi estetyczne, możemy znaleźć się w sytuacji, że przedstawiciele tego zawodu, zwłaszcza ci, którzy dopiero zaczynają swoją pracę, będą woleli zajmować się zabiegami medycyny estetycznej niż leczeniem chorych pacjentów. To przecież przyjemniejsze i dużo mniej stresujące.

Nie możemy zmierzać w absurdalnym kierunku, że lekarz będzie robił wszystko, od przekłuwania uszu po depilację laserową. Nie wyobrażam sobie takiego rozwiązania, bo z pełnym szacunkiem dla kosmetologów – to jednak wykształcenie lekarza zobowiązuje go do tego, żeby zajmować się trudniejszymi przypadkami.

 

 

Klinika medycyny estetycznej nie może funkcjonować bez dobrej jakościowo kosmetologii. Współpraca jest konieczna.

 

 

Został pan trzykrotnie uhonorowany Krzyżem Zasługi – głównie za działanie dla dobra i na rzecz bezpieczeństwa pacjentów. Wielu lekarzy utrzymuje, że właśnie dla dobra i bezpieczeństwa pacjentów trzeba ograniczyć listę zabiegów wykonywanych przez kosmetologa. Może ich zdaniem kosmetologom brak etyki pracy, przez co mogą skrzywdzić pacjenta?

Etyka pracy dotyczy zarówno kosmetologów, jak i lekarzy, i oba środowiska zapewne bez problemu wskażą przykłady zarówno osób działających etycznie, jak i nieetycznie. Główny problem pojawia się oczywiście w momencie, kiedy dochodzi do powikłań. Jakimś rozwiązaniem byłoby to, że kliniki kosmetologiczne, w których wykonuje się inwazyjne zabiegi, miałyby u siebie lekarza i gdy pojawiają się jakiekolwiek problemy, jest on w stanie pomóc pacjentowi. Jak wiemy, powikłania mogą się pojawić zawsze. To nie jest tak, że w pracy lekarzy one nie występują, ale po pierwsze mocno się szkolimy w zakresie reagowania w takich sytuacjach, a po drugie – kluczowa rzecz – mamy prawo podawać leki. Niepożądane reakcje najczęściej wiążą się z tym, że trzeba zastosować konkretne preparaty, których nie może wypisać ani podać kosmetolog. Więc jeśli w klinice jest lekarz, to w sytuacji awaryjnej jest w stanie pomóc.

 

Czy uważa pan, że kosmetolog powinien być zawodem medycznym?

W pewnym sensie jest – wszyscy, którzy kończą uczelnie medyczne, zawodowo zajmują się jakimś obszarem związanym z medycyną i tym samym powinni mieć przydzielone określone procedury medyczne. W przeciwnym razie po co kształcimy kosmetologów na uczelniach medycznych?

 

Jakie, pana zdaniem, powinny być zadania medycyny estetycznej?

Wiadomo, jak ważna jest profilaktyka. Bardzo wiele chorób jesteśmy w stanie opóźniać lub w ogóle nie dopuścić do ich pojawienia się właśnie dzięki odpowiedniej prewencji, mówię na przykład o cukrzycy typu drugiego, problemach kardiologicznych czy otyłości, która też jest chorobą. I wydaje mi się, że medycyna estetyczna powinna być dziedziną związaną właśnie z opóźnianiem starzenia się organizmu i procesów chorobowych. Wtedy jako specjalizacja ma sens: uczymy ludzi zdrowego podejścia do swojego organizmu, zdrowia psychicznego, do tego, jak siebie postrzegamy. Uczymy, dlaczego i jak zmienić niebezpieczne dla zdrowia przyzwyczajenia. To takie połączenie medycyny estetycznej i anti-aging, pozwalające dokonać zmian w podejściu do życia, których odbiciem, w pewnym sensie przy okazji, jest lepszy wygląd. 

 

 

Rozmawiała Grażyna Jabłońska

 

 


 

 

W roku 2014, podczas 30. Kongresu LNE w Krakowie, odbył się panel dyskusyjny poruszający m.in. temat zakresu kompetencji kosmetologa. Niedługo potem dr Artur Markowski opublikował na łamach LNE komentarz odnoszący się właśnie do tego spotkania.

Minęło osiem lat, ale niestety kwestie poruszone w tekście w dużej mierze nie straciły na aktualności – przeczytajcie sami – mimo że od tego czasu mury kilkudziesięciu wyższych uczelni opuściły tysiące kosmetologów z tytułem licencjata i magistra. Ciekawe, na jakim etapie rozwiązywania problemu statusu zawodu kosmetologa znajdziemy się za kolejne osiem lat…

 

 

 

Dr Artur Markowski, tekst opublikowany w roku 2014

 

MÓWIĆ NIE ZNACZY ROZMAWIAĆ 

 

Tytuł nawiązuje do spotkania przedstawicieli środowiska lekarskiego, reprezentowanego przez dr. Andrzeja Ignaciuka i dr. Waldemara Jankowiaka, oraz środowiska kosmetycznego, reprezentowanego przez Beatę Wątorowską, prezes stowarzyszenia „Przyjazna Kosmetyka”, które odbyło się w trakcie 30. Kongresu LNE. Ogólnie oceniam spotkanie pozytywnie i w perspektywie czasowej również optymistycznie. Miło jest patrzeć na grupę inteligentnych i kulturalnych ludzi, którzy w sposób rzeczowy przedstawiają swoje stanowiska oraz deklarują chęć współpracy. Celem tej współpracy miałaby być… I tu, niestety, nie wiem co.

W ciągu ostatnich miesięcy pojawiło się w różnych mediach wiele wypowiedzi lekarzy związanych z Polskim Towarzystwem Medycyny Estetycznej i Anti-Aging oraz Stowarzyszeniem Lekarzy Dermatologii Estetycznej, nawiązujących do oficjalnych stanowisk stowarzyszeń w kwestii wykonywania niektórych zabiegów przez kosmetologów. Niestety między przysłowiowymi wierszami można odczytać, że kosmetolodzy powinni zajmować się co najwyżej henną, nakładaniem maseczek i ewentualnie zabiegami na ciało. Po takich wypowiedziach pozostaje bardzo mały margines na uzyskanie konsensusu. Myślę, że punktem wyjścia do dyskusji powinno być uczynienie ze strony środowiska lekarskiego kroku do tyłu, aby zneutralizować fatalny odbiór jego wypowiedzi przez środowisko kosmetologiczne. My, lekarze, musimy sobie zdawać sprawę z faktu, że medycyna to nie tylko my, ale również zawody okołomedyczne, m.in. kosmetyka. Nie godzi się nam zabraniać innym podmiotom pracującym w sferze szeroko pojętej estetyki wykonywania swojego zawodu. Dodatkowym elementem, który powinien skłonić nas do ściszenia głosu, a nie uderzania w bęben medialny, jest fakt, że to my weszliśmy do sfery estetyki/ kosmetyki – zanim powstała medycyna estetyczna i pojawili się lekarze zajmujący się tą dziedziną, od dziesiątków lat istniało w Polsce bardzo liczne grono dobrze wykształconych kosmetyczek. Wiele lat przed lekarzami kosmetyczki wykonywały pilingi, drobne zabiegi z elektrochirurgii, elektro- i fizjoterapii.

Z drugiej strony należy zrozumieć reakcje nas, lekarzy, gdy dowiadujemy się, że kosmetolodzy, a zwłaszcza ci z krótkim doświadczeniem zawodowym, wykonują zabiegi, które dotychczas były, są i zapewne będą zabiegami stricte lekarskimi.

W ciągu ostatnich kilku lat obserwuję gwałtowny rozwój kosmetyki, a co za tym idzie, rozszerzenie ofert salonów kosmetycznych o wysoce specjalistyczne zabiegi. Rozwojowi temu towarzyszy coraz częściej całkowity zanik przestrzegania zasad etyki, które obowiązują każdego, kto pracuje w obszarze zdrowia. Przypominam, że prawie wszystkie osoby, które zdobyły wykształcenie w ciągu ostatnich kilkunastu lat w zakresie kosmetologii, są absolwentkami akademii medycznych. To obliguje do pewnych postaw oraz sposobu myślenia o swoim zawodzie.

Kosmetolodzy, użyję mocnego słowa – muszą wprowadzić samoograniczenia w podejmowaniu decyzji o wykonywaniu zaawansowanych zabiegów. U podstawy tych samoograniczeń powinny leżeć przede wszystkim zdrowy rozsądek, pokora i świadomość, że niektóre zabiegi są stricte lekarskie, bez względu na to, jak interpretują to szanowni prawnicy. Pisząc o zabiegach lekarskich, mam na myśli m.in. iniekcje z toksyny botulinowej, substancji wypełniających, stosowanie nici PDO, używanie wysokoenergetycznych laserów CO2, usuwanie znamion melanocytowych czy terapie osoczem bogatopłytkowym. Ze strony naszego środowiska lekarskiego nigdy nie będzie na to zgody.

Ten brak zgody wynika z kilku aspektów. Po pierwsze: ochrona naszych interesów, zarówno wizerunkowych, jak i ekonomicznych. Po drugie: ochrona interesów pacjentów/ klientów poprzez ograniczenie ryzyka wystąpienia powikłań po zabiegach wykonanych przez osoby nieprzygotowane do ich przeprowadzenia. Po trzecie: jakkolwiek dziwnie to brzmi, ochrona interesów kosmetologów – mniej zabiegów inwazyjnych, mniej powikłań, mniej stresu.

Osobiście jestem ogromnie zaskoczony i zdegustowany faktem, że osobom niebędącym lekarzami przyszło do głowy wykonywanie wyżej wymienionych zabiegów u swoich klientek.

Z drugiej strony, kiedy czytam i słucham wypowiedzi kolegów i koleżanek lekarzy, to zastanawiam się, czy stopień wzburzenia wywołany powyższymi zjawiskami nie przyćmił u nich zdrowego rozsądku. Pisanie o zakazie przekraczania granicy naskórka przez kosmetyczki jest niewłaściwe i generuje wiele uzasadnionych, negatywnych i czasami gwałtownych reakcji ze strony tego środowiska. Należałoby określić, za pomocą jakich technik nie wolno tej granicy przekraczać. Sam pomysł wydaje mi się z gruntu niedorzeczny. Idąc tokiem takiego rozumowania, „zabronić” należałoby wykonywania w salonach kosmetycznych większości zabiegów wykorzystujących promotory przenikania, m.in. pilingów, technologii nanocząsteczkowych, mikrodermabrazji, mikronakłuwania, jono- i sonoforezy oraz tak klasycznych zabiegów kosmetycznych jak piercing czy makijaż permanentny. Otarlibyśmy się o całkowity absurd.

Jakiekolwiek działania w obszarze zdrowia (medycyna, kosmetyka) powinny podlegać regulacji ustawowej. Biorąc pod uwagę czas procedowania ustaw przez Sejm i Senat, przez najbliższe 4-5 lat nie ma na to szans. W związku z powyższym oba środowiska powinny podjąć współpracę i wypracować podstawowe zasady działania na różnych poziomach usług estetycznych, od lekarza po kosmetologa. A po ustaleniu wspólnego stanowiska uruchomić wszelkie możliwe kanały informacyjne, aby dotrzeć do potencjalnych odbiorców i wskazać im, jakimi kryteriami powinni kierować się, wybierając gabinet lekarski, a jakimi – kosmetologiczny.

Gorąco apeluję do obu środowisk: mniej mówcie, a więcej rozmawiajcie!

PS W całej tej dyskusji brakuje mi bardzo ważnego ogniwa – przedstawicieli uczelni, które wykształciły i nadal kształcą kosmetologów. Mam do tych środowisk pytanie – jakie informacje o przyszłym zawodzie przekazują państwo w trakcie studiów, że młode absolwentki są tak mało samokrytyczne i podejmują zadania, do których nie dość, że nie są przygotowane, to jeszcze których nie mają prawa wykonywać?

PSS Jeśli jesteś kosmetyczką/ kosmetologiem i chcesz rozszerzyć ofertę swojego salonu o zabiegi inwazyjne, odpowiedz sobie na dwa podstawowe pytania: czy w przypadku wystąpienia powikłania poradzę sobie z nim we własnym zakresie i czy moje ubezpieczenie obejmuje zabiegi, które planuję wykonywać?

Warto też pamiętać o starej zasadzie: jeśli klientkę stać na zabieg za 2–3 tys. zł, to stać ją także na wydanie podobnej sumy w kancelarii adwokackiej. 

Proszę potraktować moją wypowiedź jako przyczynek do wspólnych spotkań i dyskusji obu środowisk dla dobra nas wszystkich oraz naszych pacjentów i klientów.

 

 

To tylko fragment
Chcesz wiedzieć więcej?
Zaprenumeruj lub wykup dostępONLINE

LNE kupisz również w Empiku i salonach prasowych
SPRAWDŹ