Psychobiologia
Psychobiologia

Choroba nie jest dziełem przypadku, lecz przejawem desperacji organizmu zmagającego się ze stresem. W czym może pomóc nam to stwierdzenie? Czy da się je pogodzić z ustaleniami współczesnej nauki akademickiej? O swojej koncepcji leczenia, profilaktyki zdrowotnej i rozwoju świadomości opowiada dr n. med. Marzanna Radziszewska-Konopka.

LNE: Jest pani laryngologiem i audiologiem, przez lata zajmowała się pani słuchem dzieci. Co sprawiło, że zmieniła pani drogę rozwoju i zainteresowała się nowymi obszarami wiedzy?
Marzanna Radziszewska-Konopka:
To oczywiście nie stało się nagle. Miałam bardzo satysfakcjonującą ścieżkę zawodową w medycynie. Zaraz po laryngologii zrobiłam specjalizację z audiologii i w tym obszarze pracowałam. Zajmowałam się przede wszystkim problemem wykrywania wad słuchu u dzieci. Miałam to szczęście, że współtworzyłam i koordynowałam program przesiewowych badań słuchu noworodków, finansowany przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Od początku pracy zawodowej towarzyszyła mi świadomość, że istoty chorób nie da się wytłumaczyć wyłącznie na poziomie fizycznym. Obserwowałam, jak różnie ludzie chorują i zdrowieją w zależności od tego, jakie mają życie emocjonalne i nastawienie do świata. Chciałam wiedzieć, dlaczego tak jest. Czytałam wiele książek, błąkałam się po różnych kursach. Wreszcie trafiłam na takie, które pokazują te zależności w sposób mnie, medykowi, najbliższy – wskazując na połączenia między reakcjami emocjonalnymi a biologiczną funkcją narządów. Od razu wydało mi się to spójne. Często używamy w naszym języku określeń, które wskazują na te połączenia: coś mi leży na wątrobie, coś mi stoi kością w gardle, nie mogę tego strawić, żółć mnie zalewa – to nie są tylko metafory.

Jak wyglądała pani droga do własnej praktyki?
Obserwowałam te zależności najpierw na sobie, rodzinie, coraz szerszym gronie znajomych. Przekonywałam się, że to ma sens. Poszłam ścieżką bardzo systematycznej edukacji, odbyłam wiele szkoleń w zakresie Recall Healing, Totalnej Biologii i Biologiki. Jednocześnie miałam potrzebę sprawdzenia, czy współczesna nauka akademicka już czegoś na ten temat nie stwierdziła. Okazało się, że owszem – odkryto na przykład, że kiedy przeżywamy emocje, nasze ciało wytwarza specyficzne substancje chemiczne, które są rozpoznawane przez receptory na powierzchni wszystkich komórek naszego ciała, znacząco zmieniając ich fizjologię. Dotarłam do artykułów o tym, że mamy pewien pakiet pamięci komórkowej odziedziczonej po przodkach, który dostajemy nie tylko w genach, ale także w ich konfiguracji, w dostępie do genów. Nigdy nie traktowałam koncepcji psychobiologicznych jako alternatywnych w stosunku do medycyny głównego nurtu, ale jako jej uzupełnienie, spojrzenie komplementarne. Ich łączenie ma wielki sens.

Tytuł wykładu, który wygłosi pani na Kongresie LNE, to „Emocjonalny kod choroby w profilaktyce i leczeniu” — skąd się bierze ów kod i gdzie jest zapisany?
To hasło jest oczywiście pewnym skrótem myślowym. Mówi o tym, że każda choroba, niezależnie od przyczyn, które widzimy na poziomie fizycznym (np. drobnoustrojów chorobotwórczych, promieniowania, złego odżywiania), jest poprzedzona intensywnym przeżyciem, stresem. Nie bierze się znikąd. Choroba może pojawiać się wśród spokoju, kiedy myślimy, że wszystkie burze już minęły, na przykład po przejściu na emeryturę. Jej przyczyna jest jednak wcześniejsza. Stres często manifestuje się dopiero po latach. Może się wydawać, że przed zachorowaniem nic dramatycznego się nie wydarzyło, ale potem odkrywamy na przykład starą urazę, nigdy nie uwolnioną.

W swoich wystąpieniach mówi pani też o sytuacjach związanych z życiem prenatalnym czy momentem poczęcia człowieka.
A nawet o okolicznościach sprzed poczęcia. Nauka zna już zjawisko zwane piętnowaniem genomowym, które polega na tym, że czynniki środowiskowe, w tym emocje rodziców, wpływają na aktywność genów w komórce jajowej i plemniku, a potem w zarodku. Powstaje jakby zapis oprogramowania, które stanowi gotowość do pewnego sposobu reagowania na stres, wchodzenia w relacje, przeżywania różnych sytuacji. Potem przychodzi moment, że skumulowanego, nieuwolnionego stresu jest za dużo – dzieje się coś, co jest kroplą przepełniającą czarę i ujawnia się choroba. 

Jak wygląda w psychobiologii konsultacja – wcześniej wypełniam kwestionariusz, na spotkaniu rozmawiamy o nim i…? 
Kwestionariusz jest już częścią tej pracy, bo człowiek musi usiąść i przypomnieć sobie rożne rzeczy. Czytając go i wiedząc, po co pacjent do mnie przychodzi, mogę już widzieć pewne tropy, przypuszczać, co mogło się przyczynić do jego sytuacji zdrowotnej. W każdym przypadku pierwszym zadaniem jest zobaczyć, co było kroplą przepełniającą czarę stresu, jaka sytuacja doprowadziła do ujawnienia się choroby. Potem szukamy też innych zdarzeń, które złożyły się na tę kumulację – również w dzieciństwie, okresie prenatalnym, życiu rodziców bezpośrednio przed poczęciem. Chcemy zobaczyć schemat, program, przekonanie, które działa w życiu przeciwko nam. Potem pozostaje zastanowić się, co możemy z tym zrobić i jaką metodą. Moją ulubioną jest technika uwalniania emocji przedstawiona przez Davida Hawkinsa, lekarza psychiatrę o niezwykłym poziomie świadomości. 

Jakimi przypadkami zajmuje się psychobiologia? Z jakimi problemami przychodzą do pani pacjenci?
Ja pożegnałam się już z indywidualną pracą z ludźmi, od listopada ubiegłego roku nie prowadzę konsultacji w gabinecie. Odbyłam ich kilka tysięcy. Teraz brakuje mi na to przestrzeni, bo coraz więcej uczę, prowadzę warsztaty. Ludzie przychodzili właściwie ze wszystkim: chorobami serca, układu pokarmowego, nawracającymi anginami, nowotworami, schorzeniami takimi jak choroba Leśniowskiego-Crohna czy wrzodziejące zapalenie jelita grubego. 

A z chorobami skóry?
Tak, miałam wielu pacjentów z problemami dermatologicznymi. Na wykładzie kongresowym będę pokazywać, skąd w ujęciu psychobiologii biorą się różne choroby skórne. Jeśli pacjent jest gotowy i otwarty na zmiany, efekty pracy z emocjami mogą być w tych przypadkach wyśmienite. Pracowałam na przykład z dziewczyną cierpiącą na łojotokowe zapalenie skóry. Miała jeden epizod jako nastolatka, potem drugi, przy trzecim spotkałyśmy się na konsultacji. Kiedy przyjrzałyśmy się jej życiu, zobaczyłyśmy pewien schemat. W dzieciństwie była to kwestia relacji z mamą i tatą, potem z innymi bliskimi osobami. Pokazałam jej, jak pracować z jej aktualną relacją, co w niej odpuścić, gdzie dać przestrzeń drugiej osobie, gdzie zadbać o siebie. Po tej pracy w ciągu tygodnia wszystkie zmiany ustąpiły. Po pół roku ona zgłosiła się do mnie z kolejnym potężnym wysypem zmian. Pytam ją, co zrobiła z tego, o czym rozmawiałyśmy. Ona na to, że nic nie zrobiła, bo przecież po konsultacji wszystko jej przeszło. Samo uświadomienie sobie schematu, który jest źródłem problemów, spowodowało poprawę stanu zdrowia – często tak się dzieje. Jednak kiedy znowu przyszła krytyczna sytuacja, pacjentka zareagowała według starego schematu. Tym razem borykała się z problemem nieco dłużej, ale w końcu uwolniła część emocji dotyczących partnera i choroba minęła. Niektórzy mówią o zdrowieniu poprzez dotarcie do świadomości. To jest bardzo ważny moment i rzeczywiście może przynosić poprawę, ale nie warto na nim poprzestawać. Dopóki nie przetransformujemy szkodliwego schematu, problemy będą powracały.

W medycynie akademickiej często jest mowa o szkodliwości stresu, ale nie o tym, dlaczego wywołuje on akurat takie, a nie inne zmiany zdrowotne. Co psychobiologia mówi o podłożu kojarzonych zwykle ze stresem chorób cywilizacyjnych – dlaczego stały się tak powszechne?
Żyjemy w świecie, w którym wszystko dzieje się szybciej, jesteśmy bombardowani informacjami. Za szczególnie nośne uważa się newsy tragiczne. Jednocześnie atakują nas treści, które rozbudzają nasze potrzeby. Reklamy grają nie tylko na emocji pożądania, ale też na strachu: jeśli nie skorzystasz z naszej oferty, mogą cię okraść, zachorujesz. Nie sposób analizować tych wszystkich informacji, a one na nas oddziałują. Musimy też nadążać za obsługą urządzeń codziennego użytku, przetwarzać mnóstwo innych danych. Nie chcę umniejszać roli zanieczyszczenia środowiska, niezdrowego trybu życia, dodatków do żywności, niemniej jednak nasze życie emocjonalne znacznie odbiega od życia przodków, chociażby rodziców. Trzeba pamiętać, że każdy z nas jest inny, ma inny sposób doświadczania świata, osobowość, temperament, jedni są bardziej intelektualni, inni bardziej czuciowi. Mamy inną świadomość, inteligencję. Dlatego co innego jest dla nas stresem i inaczej stres przeżywamy. To, co dla jednego jest przyczyną cierpienia, dla drugiego okaże się nieistotne. To przekłada się na różne dolegliwości i choroby. Na przykład nadciśnienie związane jest m.in. z potrzebą kontrolowania rzeczywistości, w szczególności tak zwanego odległego terytorium. Jest to obszar, na który tak naprawdę nie mamy wpływu. Na przykład: chcę wiedzieć, co się dzieje z moimi dziećmi pracującymi w Anglii, czy są tam bezpieczne. Chciałabym mieć na to wpływ, chronić je, pomagać, a jestem bezradna. Z kolei choroba wieńcowa związana jest z doświadczeniem utraty terytorium, czyli wszystkiego, o czym mówimy, że jest „moje”: mój dom, mój partner, moje dzieci, samochód, stanowisko w pracy, moja pozycja. Kiedy nie mogę się z taką stratą pogodzić, przeżywam emocje, które mogą prowadzić do choroby.

A co, jeśli nic nam nie dolega? Jak na gruncie psychobiologii wygląda profilaktyka?
Duża grupa osób przychodzących na takie konsultacje nie choruje, tylko ma jakieś trudne schematy życiowe, na przykład wchodzi w ten sam rodzaj niszczących związków partnerskich albo ma kłopot z zarabianiem pieniędzy. To nie musi się od razu przekładać na chorobę, ale po dłuższym czasie może do niej doprowadzić. W tym sensie identyfikowanie tego, co nam w życiu sprawia cierpienie, a następnie praca z tymi czynnikami, jest bardzo skuteczną profilaktyką chorób.

Czy są takie problemy zdrowotne, w których psychobiologia nie ma zastosowania?
Trudnym gruntem, na którym nie podejmuję się pracować, są zaburzenia psychiczne. One też mają swoje wytłumaczenia w psychobiologii, ale odradzam wszystkim, którzy chcą być konsultantami, zajmowanie się tą problematyką. Poza tym możemy pracować właściwie z każdą chorobą, pod warunkiem, ze dobrze sprecyzujemy cele. Kiedy główną motywacją pacjenta jest po prostu wyzdrowienie i nie jest on skłonny do refleksji nad własnym życiem, choroba wcześniej, czy później powróci, jeśli nie w tej samej, to w innej formie. Bez względu na to, jak dziwnie to zabrzmi, z mojego punktu widzenia wyzdrowienie to cel krótkoterminowy.
Dla mnie najważniejsze jest zrozumienie mechanizmu, który stoi za rozwojem choroby. Choroba jest przejawem desperacji ciała, które nie radzi sobie ze stresem. Jest wołaniem: usiądź, zastanów się nad sobą, obejrzyj swoje relacje ze światem i zacznij je weryfikować. Bardzo szybko w swojej pracy z ludźmi zrozumiałam, że praca z tematem zdrowia ma służyć większej sprawie – naszemu rozwojowi.

Domyślam się jednak, że pacjenci trafiali do pani gabinetu zwykle po to, by rozwiązywać swoje problemy chorobowe. 
Początek wizyty zwykle polegał na przekierowaniu, pokazaniu, czemu ma to spotkanie służyć. Oczywiście nie każdemu to odpowiadało. Ja pokazuję swoje rozumienie procesów chorobowych. Dla jednego takie spotkanie może być odkrywcze i ukierunkowujące, dla innego nie. Każdy bierze z tego tyle, ile chce i potrafi.

Jak wygląda w psychobiologii praca z dziećmi?
To zależy od ich wieku. Mniej więcej do 10. roku życia pracuję wyłącznie z rodzicem. To czas, kiedy można rozmawiać z dzieckiem przez sen – wprost z jego podświadomością. Gdy już odkryjemy schemat powodujący chorobę czy inne trudności (nieakceptowane zachowania społeczne, problemy szkolne, relacyjne), mama czy tata może tę historię opowiadać maluchowi, który śpi. Ze starszym dzieckiem, powyżej dziesięciu lat, trzeba już rozmawiać wprost, więc jeśli rodzic nie czuje się na siłach, może to zrobić konsultant. Oprócz tego rodzice muszą podjąć swoją pracę. Musimy pamiętać, że im dziecko mniejsze, tym mniej przyczyn jest po jego stronie – ono w swojej fizyczności przetwarza emocje rodziców, bo jest z nimi bardzo związane. Ważne więc, żeby rodzic wziął za to odpowiedzialność i wykonał nad sobą pracę, a nie poprzestawał na „opowiedzeniu historyjki”. Kiedyś zadzwoniła do mnie mama po konsultacji i mówi: „Opowiedziałam tę historię dziecku i rzeczywiście na dwa tygodnie wszystko minęło, ale teraz znów mamy ten sam kłopot”. Pytam, jak ma się jej praca nad relacją z mężem. Ona na to: „Kłócimy się dalej, tylko już nie przy dziecku”. Oczywiście na nieświadomym poziomie dziecko i tak wie, że rodzice się kłócą. 

Jak widzi pani przyszłość tego rodzaju metod leczenia? Czy mają one szansę wejść do głównego nurtu medycyny? 
Sposób, w jaki postrzegamy takie terapie, zależy od naszej świadomości, od sposobu postrzegania świata. Jeden poziom to rozumowanie czysto materialistyczne – nawet jeśli ktoś wierzy w Boga, to zupełnie rozdziela rzeczywistość duchową od cielesnej. Od drugiej połowy ubiegłego stulecia (a intensywniej w XXI wieku) do głosu dochodzi nurt niematerialistyczny, który nie opiera się wyłącznie na paradygmacie Newtonowskim, lecz poszukuje wyjaśnień w innych obszarach. Bardzo pięknie pokazały to odkrycia fizyki kwantowej. Newtonowski paradygmat dobrze tłumaczy rzeczy dziejące się w skali makro, ale jest totalnie nieadekwatny do poziomu atomów. Tu powoli wkraczamy w obszar niematerialny – niepoliczalny, niemierzalny narzędziami, którymi posługuje się nauka materialistyczna. Paradoksalnie wielka nadzieja na to, że te dwa światy w końcu się zejdą, leży moim zdaniem właśnie w fizyce. Ona najbardziej intensywnie odkrywa teraz nowe obszary i pokazuje, że liniowy sposób myślenia to za mało. Myślę, że spotkanie i synteza tych dwóch nurtów są nieuniknione, choć nie wiem, czy stanie się to za mojego życia. One się nie wykluczają, lecz precyzyjnie uzupełniają. Problem polega na tym, że zawsze kiedy ludzkość staje wobec zmiany paradygmatu, budzi to sprzeciw, długo toczą się walki, niekiedy dochodzi do wojen lub palenia ludzi na stosie – jak w przypadku idei, że to nie Słońce krąży wokół Ziemi, lecz odwrotnie. Teraz stosy raczej nie zapłoną, ale również wiele osób będzie czuło się niepewnie, będzie bronić swojej pozycji, poczucia stabilności, bo to jest cały ich świat. To naturalny proces ścierania się paradygmatów. Patrzę na to spokojnie.

Rozmawiała Olga Filanowska

 

Sprawdź program
39. Kongresu LNE