Zaangażowania nie można kupić
Zaangażowania nie można kupić

Latem 1995 roku pojawił się pierwszy numer polskiej edycji LNE. O historii tego czasopisma na rynku kosmetyki profesjonalnej w Polsce opowiadają prezes wydawnictwa Beauty In Press Nenad Miković i Rafał Długosz, dyrektor wydawnictwa i organizator Kongresów LNE.

 

Anna Groblińska: Spotkaliśmy się, by rozmawiać o początkach i rozwoju LNE. To miała być przyjemna rozmowa o sukcesie, ale śmierć redaktor naczelnej Ilony Kurczaby zupełnie zmieniła perspektywę. Jak ważną osobą była dla pisma Ilona?

Nenad Miković: Ciężko jest przyjąć obecną perspektywę. Z Iloną przez ostatnie lata widywałem się rzadziej, za to często rozmawialiśmy przez telefon. Za każdym razem były to dłuższe rozmowy. O pracy, ale też o życiu czy poglądach. Gdy dwa lata temu podejmowała trudną walkę z chorobą, bardzo się bała. Z czasem stała się silniejsza. Wierzyła w słuszność swoich decyzji. Byłem przekonany, że wygra.
Przygodę z Les Nouvelles Esthétiques w Polsce, z pismem i kongresami, rozpoczynałem 25 lat temu. Ilonę poznałem kilka lat później dzięki Monice Szałek, która pełniła wówczas funkcję zastępcy redaktor naczelnej. Od samego początku Ilona ujęła mnie łagodnością, szczerością, pogodą ducha, ambicją i empatią. Już po kilku miesiącach współpracy wiedziałem, że po wyjeździe mojej mamy do Belgradu stanowisko redaktor naczelnej zaproponuję właśnie Ilonie, która podobnie jak ja, stawiała na edukację i innowacyjność. Często proponowała podejmowanie tematów, o których wcześniej nikt nie pisał, nie mówił. Dzięki temu LNE w Polsce stało się opiniotwórcze, wyznaczało trendy i kierunki w branży.
Ilona miała znaczący wpływ na budowę zespołu redakcyjnego, na rozwój założeń. Lekkość nawiązywania kontaktów i otwartość na ludzi, umiejętność słuchania ich bardzo jej w tym pomagały. Szybko zdobywała zaufanie kolejnych ekspertów, autorytetów. Mogę śmiało powiedzieć, że Ilona Kurczaba przez 20 ostatnich lat pisała historię kosmetyki i kosmetologii w Polsce. W branży zostaje puste miejsce. Straciłem, straciliśmy wspaniałego współpracownika, ale przede wszystkim przyjaciółkę, wyjątkową osobę

 

Nenadzie, wspomniałeś o swojej mamie Janinie Miković, która była wielką pasjonatką kosmetyki i kosmetyczką. To podsunęło  ci pomysł, by wydawać pismo poświęcone tej właśnie tematyce?

N.M.: Moja mama na paryskie kongresy LNE jeździła jeszcze w latach 70. Czasami zabierała ze sobą mnie i moją siostrę. Pamiętam więc kongresy w Wersalu z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które były wtedy największymi na świecie imprezami kosmetyki profesjonalnej. Wiadomo, Francja była stolicą branży urodowej, to był najwyższy poziom. Robiło to ogromne wrażenie!
Ja do Polski przyjechałem w 1993 roku i na początku nie byłem nastawiony na tę branżę – prowadziłem w Łodzi kawiarnię i klub jazzowy. W 1995 roku ze względu na chorobę babci do Polski przyjechała też moja mama. Wynikało to również z sytuacji w Serbii, gdzie toczyła się wojna. Te wszystkie okoliczności, a także wcześniejsze doświadczenia mamy sprawiły, że postanowiliśmy razem zakupić licencję na polską wersję pisma Les Nouvelles Esthetiques, które od 1952 roku było wydawane we Francji. Zrobiliśmy to przy współpracy ze znaną w branży Lydią Sarfati. To była wielka rzecz – LNE było magazynem o zasięgu światowym, miało wtedy 25 edycji w różnych krajach.
Zaczęliśmy wydawać magazyn i właściwie od razu organizowaliśmy też kongresy, które na początku odbywały się raz do roku. Tylko pierwszą edycję zorganizowaliśmy w Warszawie, jeszcze nie pod egidą LNE, tylko jako pismo „Kosmetyka, Estetyka”, które wcześniej wydawała moja mama.

 

 

Na zdjęciu od lewej: Nenad Miković, Anna Groblińska i Rafał Długosz

 

Sporo o naszym środowisku kosmetycznym mówi to, że polska edycja szybko przestała opierać się na tłumaczeniach tekstów francuskich. Okazało się, że polskie kosmetyczki i kosmetolożki mają własne potrzeby, zainteresowania.

N.M.: Nie powiedziałbym, że to się stało aż tak szybko – raczej zmieniało się stopniowo. Polska się rozwijała, na początku lat 90. ludzie dopiero uczyli się, jak działać na rynku, powstawały pierwsze poważne biznesy. Podobnie było z prywatnymi mediami, to wszystko dopiero się rodziło. Tak jak rozwijała się cała ekonomia w Polsce, tak samo rozwijała się branża kosmetyczna i zapotrzebowanie na wysokiej jakości czasopismo. Wydanie pierwszego numeru LNE było dla rodzimej branży kosmetycznej nowością i dużym wydarzeniem. Wtedy jeszcze polskie kosmetyczki niewiele wiedziały o światowych trendach, na rynku nie było też zbyt wielu szkoleń zawodowych na wysokim poziomie. Myślę, że dopiero na początku XXI wieku nastąpił prawdziwy skok rozwojowy branży, nasze kosmetyczki zaczęły więcej jeździć po świecie, obserwować tendencje i uczyć się nowoczesnych procedur. W ten sposób pojawiały się w Polsce światowe nowości. Wtedy też zaczęły się otwierać nowe szkoły wyższe – Aniela Goc założyła szkołę w Poznaniu, Ewa Podobińska Krakowską Wyższą Szkołę Promocji Zdrowia. To był czas wielkich zmian, rozwoju.

Rafał Długosz: Dodam tylko, że w latach 90. nasze pismo było wydawane w cyklu kwartalnym, dopiero na początku XXI wieku dodaliśmy piąty numer w roku, a w kolejnych latach zmieniliśmy cykl wydawniczy na klasyczny dwumiesięcznik i w takiej formie wydajemy magazyn do dziś.

 

Dla ciebie, Nenadzie, branża kosmetyczna nie była oczywistym wyborem, jesteś absolwentem Szkoły Reżyserii Andrzeja Wajdy, artystyczną duszą, dla której naturalnym środowiskiem jest film. A jednak odnalazłeś się, przejąłeś po mamie firmę…

N.M.: Nie do końca przejąłem – my w to pismo zainwestowaliśmy wspólnie. Co ciekawe, prowadząc klub jazzowy, poznałem ludzi, którzy potem współtworzyli z nami LNE. W ten sposób trafiłem na Grażynę Jabłońską, która zajęła się tłumaczeniem artykułów, Monikę Szałek, która potem poznała mnie z Iloną Kurczabą. Bywał tam też Adam Radoń – to on zaprojektował layout pierwszych numerów pisma. I tak zaczęła się tworzyć grupa, której trzon istnieje do dziś.
Ja w firmie odpowiadałem za zarządzanie, sprawy organizacyjne, a moja mama za treść. Jeździła wtedy dużo po świecie, bywała co roku na targach w Paryżu, ale też na kongresach w Rio de Janeiro czy Miami. Dzięki temu zaczęły się pojawiać w piśmie materiały oryginalne, niebędące tłumaczeniami z edycji francuskiej.

 

W jaki sposób dobierałeś kolejne osoby do zespołu? Czym się kierowałeś, że udało ci się zebrać grupę, która wytrwała ze sobą tyle lat?

N.M.: Energią danej osoby i swoją intuicją. Intuicja zawsze była moją mocną stroną, do dziś się na niej opieram w każdej sferze życia. To działa trochę na tej samej zasadzie, jak dobieramy sobie przyjaciół czy partnerów życiowych. Poznajesz kogoś i masz przeczucie, że coś się wam razem uda.

 

Tak samo było z przyjściem do firmy Rafała, który z czasem zaczął nią kierować?

N.M.: Rafał pojawił się w firmie w 2001 roku, pod koniec pierwszego roku swoich studiów. Pomagał organizacyjnie, przez pewien czas zajmował się dystrybucją jednej z marek, bo oprócz wydawania czasopisma prowadziłem też firmę dystrybuującą kosmetyki profesjonalne. Grażyna i Ilona z czasem zaczęły angażować go w sprawy wydawnicze – wtedy jeszcze oba działy firmy znajdowały się pod jednym adresem, więc w naturalny sposób sobie pomagaliśmy.

 

Rafale, czy gdy zaczynałeś pracę, sądziłeś, że zostaniesz tu tyle lat i będziesz dyrektorem wydawnictwa?

R.D.: Nawet o tym nie marzyłem (śmiech). Praca w Beauty In to miało być zajęcie na czas wakacji, a zostałem do dziś. To już 19 lat. Początki były dla mnie trudne, bo byłem przecież studentem, ale Nenad podszedł elastycznie do naszej współpracy, więc mogłem kontynuować naukę, a jednocześnie rozwijać się zawodowo. Przez pierwsze lata koncentrowałem się na sprzedaży, a mój udział w pracach wydawniczych i przy organizacji kongresów był elementem dodatkowym.
Dopiero gdy po raz pierwszy pojechałem na kongres do Krakowa i zobaczyłem na własne oczy, jak to wygląda, zrozumiałem, że jest tu przestrzeń, w której chcę i mogę się rozwijać. Doszliśmy z Nenadem do wniosku, że chcemy współpracować w tym zakresie i dodaliśmy organizację kongresów do moich obowiązków. To był moment, gdy uwierzyłem, że w tej firmie mogę osiągnąć znacznie więcej.

 

Czy to jest, Nenadzie, taka twoja filozofia kierowania firmą, że zostawiasz ludziom przestrzeń do działania i w ten sposób wiążesz ich z miejscem pracy? Mogłeś przecież powiedzieć Rafałowi: albo pracujesz, albo się uczysz.

N.M.: Wydaje mi się, że oprócz motywacji finansowej w pracy liczy się też poczucie wolności. Poczucie sprawczości, swoboda podejmowania decyzji, możliwość rozwoju – to są elementy, które sprawiają, że ludzie chcą pozostać w firmie na dłużej. Rafał pracuje ze mną już 19 lat, Ilona pracowała 22, Grażyna jest związana z firmą jeszcze dłużej. Od kilkunastu lat są z nami: Michał Gogulski, Agnieszka Wróblewska, Irena Mękal, Piotr Grobliński i zespół graficzny – Piotr Tonkiel oraz Bartek Wróblewski. Oczywiście w zespole pojawiają się też nowe osoby, bo LNE nieustająco się rozwija! Jeśli widzisz, że ludzie mają potencjał, to myślę, że trzeba im dać szansę i stworzyć warunki do rozwoju.

 

Mówisz dużo o wolności. Sam też nie jesteś na miejscu – w Łodzi, tylko nadzorujesz firmę z Warszawy, tak nienachalnie.

N.M.: To właściwie nie jest nadzorowanie, mam na tyle dużo zaufania do zespołu, że to jest raczej współpraca na zasadzie wymiany zdań, sugestii, opinii. Wspólne myślenie i dyskusje nad tym, co zrobić lepiej, w jakie nowe pomysły lokować środki. Dlatego mogę mieszkać w Warszawie.

 


W pracy duże znaczenie ma poczucie wolności i sprawczości, swoboda podejmowania decyzji, możliwość rozwoju. To sprawia, że ludzie chcą pozostać w firmie na dłużej.


 

Rafale, Nenad tobie, Grażynie i Ilonie oddał część udziałów w firmie. Jesteś jej mniejszościowym, ale jednak współwłaścicielem. Czy to miało wpływ na twój stosunek do pracy?

R.D.: Myślę, że to nie miało bezpośredniego przełożenia. Wszyscy od samego początku jesteśmy bardzo zaangażowani. Oczywiście to miły gest, który mobilizuje do kolejnych przemyśleń i, zazwyczaj, do jeszcze większego zaangażowania się w biznes, natomiast nasz zapał i chęć rozwijania wydawnictwa zawsze były i są tak samo duże.

 

Czyli nie można powiedzieć, że Nenad kupił twoje oddanie firmie?

R.D.: Nie (śmiech). Myślę, że to był naturalny proces, potrzebowaliśmy wyodrębnić część przedsiębiorstwa w postaci wydawnictwa, założyć nową spółkę i to było oczywiste, że będziemy rozwijać biznes w innej strukturze.

N.M.: Pytałaś, czy kupiłem zaangażowanie Rafała...

 

Pół żartem, pół serio.

N.M.: Tak, ale chciałbym jednak coś dodać. Wydaje mi się, że nie ma takiej możliwości, aby kupić zaangażowanie pracownika większymi czy mniejszymi udziałami. Jeśli nie zgadzalibyśmy się, mielibyśmy inną koncepcję rozwoju firmy, gdybym nie dawał współpracownikom swobody, to i tak po jakimś czasie pewnie byśmy się rozstali. Najważniejszy jest ten rodzaj dobrej energii. Jeśli jej nie ma, to tak jak w małżeństwie  – ludzie rozchodzą się, choć mają wspólny kapitał. 

 

Partnerzy biznesowi często chwalą swoje kontakty z LNE. Mówią, że ten zespół pracuje w dobrej atmosferze i podobnie dobrze się z nim współpracuje. Czy to zasługa tzw. umiejętności miękkich?

R.D.: Zdecydowanie tak. Rzadko pracowaliśmy według sztywnych procedur, raczej uczyliśmy się od siebie, wyciągaliśmy wnioski i analizowaliśmy podejmowane działania i tę energię nasi partnerzy biznesowi dosyć szybko poczuli. To jeden z najważniejszych elementów – miękkie predyspozycje w zarządzaniu firmą, w byciu pracownikiem czy osobą kierującą zespołem, ale jednocześnie partnerem w biznesie dla naszych klientów.

 

Może kolejnym składnikiem sukcesu LNE jest wymieszanie pasji, specjalności? Redaktor naczelna, Ilona Kurczaba była absolwentką polonistyki. 

N.M.: Jak już wspominałem, Ilonę przyprowadziła do firmy Monika Szałek, która była asystentką mojej mamy – wtedy redaktor naczelnej. Mama od 1966 roku mieszkała w Serbii i nie czuła już tak dobrze języka polskiego. Potrzebowaliśmy wsparcia, osoby, która dobrze mówi i pisze. Potem okazało się, że Ilona ma wizję pisma, inspirujące pomysły – „czuje” tę branżę. W tym czasie nawiązała też współpracę z dużą korporacją w Warszawie, wybrała jednak LNE. 

 

Ilona okazała się kobietą z wizją...

N.M.: Tak, w dużej mierze dzięki wizji Ilony LNE zaczęło wyznaczać trendy w branży beauty. Jako pierwsi promowaliśmy holistyczne podejście do klienta, dobrą współpracę kosmetyczek z dermatologami czy tak modne potem zabiegi ajurwedyjskie. Dzięki jej zaangażowaniu na kongresowej scenie pojawili się eksperci z całego świata, którzy inspirowali branżę do zmian, odważnego wyznaczania nowych kierunków rozwoju. Psychodermatologia czy holistyka – o tym nikt wcześniej nie mówił. Stawialiśmy też na wsparcie kompetencji biznesowych kosmetyczek, zapraszaliśmy ekspertów z Francji czy USA – to było coś zupełnie nowego! 
Z czasem okazało się, że polska branża beauty rozwija się tak dynamicznie, że sama zaczęła kreować trendy i dziś to zagraniczne kosmetyczki mogą szukać inspiracji u koleżanek z Polski. Z dumą mogę powiedzieć, że LNE miało w tym spory udział! 

 

Zmieniały się nie tylko trendy w branży, ale też miejsca kolejnych edycji Kongresu...

R.D.: W 2002 roku po raz ostatni Kongres odbył się w krakowskim hotelu Forum, a kolejna edycja została zorganizowana w Centrum Biurowym Lubicz. W tym obiekcie mieliśmy do dyspozycji jedną salę konferencyjną na dwieście osób, w której umiejscowiliśmy główny blok merytoryczny, a lobby zaadaptowaliśmy na przestrzeń wystawienniczą. Odbyło się tam kilka edycji, podczas których gościliśmy za każdym razem około tysiąca pięciuset uczestników i około czterdziestu wystawców. Szybko doszliśmy do wniosku, że poza edycją wiosenną, powinna odbywać się też jesienna i zrealizowaliśmy ten pomysł. Widzieliśmy, jak z edycji na edycję rośnie potencjał tej imprezy i zaczęliśmy szukać nowego miejsca. Z pomocą zaprzyjaźnionych osób z Krakowa – a ludzi, którzy pomagali nam rozwijać LNE przez te 25 lat było naprawdę wielu – trafiliśmy do Nowohuckiego Centrum Kultury. Tak naprawdę to nie był obiekt przystosowany do organizacji targów, ale sale konferencyjne robiły wtedy nieprawdopodobne wrażenie i to był prawdziwy przeskok jakościowy. Natomiast impreza bardzo się rozrastała, już podczas pierwszej edycji w NCK mieliśmy około trzech tysięcy uczestników i siedemdziesięciu wystawców. Po kilku latach znów okazało się, że potencjał Kongresu przekracza możliwości lokalowe NCK. Spotkało się to w czasie w budową dużego obiektu targowego w Krakowie tak przeszliśmy do Expo Kraków. To zupełnie inne możliwości i inna ranga. Światowy standard. Początkowo wykorzystaliśmy tylko część obiektu, ale w przeciągu niespełna dwóch lat doszliśmy do obecnego poziomu, czyli zagospodarowaliśmy dwie hale wystawiennicze o łącznej powierzchni 9 tysięcy metrów kwadratowych i całe zaplecze konferencyjne Expo Kraków. I powoli zaczyna być ciasno (śmiech).

 

Ile osób odwiedza teraz Kongres?

R.D.: 40. Kongres LNE odwiedziło 11 tysięcy uczestników, gościliśmy 220 firm.

N.M.: Łącznie w ośmiu salach konferencyjnych możemy równocześnie pomieścić ponad 2,5 tysiąca uczestników. Żeby to lepiej zobrazować – na swoim kongresie Francuzi mają salę na tysiąc pięćset osób, w Miami to jest może siedemset-osiemset miejsc. Można powiedzieć, że nie ma na świecie imprezy w tej branży, która miałaby taki wybór merytoryczny i taki konferencyjny rozmach. Wieloletnia redaktor naczelna francuskiej edycji LNE – Michele de Lattre, która od lat odwiedza nasze Kongresy, zawsze podkreśla, że nasza impreza jest wyjątkowa na tle wszystkich edycji!

 

Słyszałam nieraz głosy, że podczas Kongresu LNE jest tak wiele interesujących wykładów i warsztatów, że uczestniczki z żalem muszą dokonywać selekcji, a często brakuje im czasu na zakupy w części targowej. Może impreza powinna trwać nie dwa, a trzy dni?

N.M.: Od czasu do czasu wraca ten temat, zastanawialiśmy się nad różnymi możliwościami.
Dynamiczny rozwój całej branży, o którym wspominałem, zaowocował włączaniem do tematyki magazynu i Kongresu kolejnych wątków – tak, by zgodnie z oczekiwaniami naszych odbiorców wejść na jeszcze wyższy poziom. To już nie tylko kosmetyka, kosmetologia, ale i dermatologia, medycyna estetyczna, silne obecnie nurty medical beauty, healthy aging, do tego wykłady biznesowe, dzisiaj bardzo istotne i popularne. I jeszcze masaż, trychologia, podologia, makijaż, stylizacja brwi, rzęs i paznokci. Ale w kwestii wydłużenia Kongresu trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników. Najważniejsze to uczestnicy i ich czas, a drugi to firmy, które dziś inwestują w stoiska nie o metrażu 6 czy 12 metrów, ale nawet 80 czy 100 metrów kwadratowych. Udział w targach to duże przedsięwzięcie, angażujące wiele osób.
Kiedy zdarza mi się słyszeć komentarze, że ktoś chciałby być na trzech wykładach naraz, a przecież nie może się rozerwać, to porównuję naszą imprezę do festiwali filmowych: masz nagle 8 filmów jednocześnie w różnych festiwalowych salach, no i musisz wybrać. Tak się dzieje przy dużych imprezach, ale świadczy to o jednym: że jest dużo interesujących tematów, że mamy bogatą ofertę.

 

 

Ilona Kurczaba i Janina Miković podczas 10 Kongresu LNE, 2004.

 

W jubileuszowej rozmowie nie może zabraknąć wątku nazwy pisma. Les Nouvelles Esthetiques – to nie jest tytuł łatwy do zapamiętania w Polsce, ale chyba nie tylko dlatego zdecydowaliście się na prostszy: LNE.

R.D.: Ta decyzja wiąże się ze wspomnianymi przez Nenada zmianami w polskiej branży beauty. Poczuliśmy, że możemy odejść od pełnego tytułu francuskiej edycji, pozostając przy pierwszych literach tej nazwy. Przyniosło to same korzyści. Decyzja zapadła, gdy zbliżaliśmy się do publikacji setnego numeru. Już od długiego czasu używaliśmy skrótu LNE w rozmowach między sobą czy z partnerami biznesowymi, a ten setny numer był idealnym momentem na wprowadzenie zmiany.

 

Na zakończenie: mieliście szczęście czy podejmowaliście właściwe decyzje?

N.M.: Moje doświadczenie wynikające z różnych aktywności podpowiada mi, że i jedno, i drugie. Dobre decyzje łatwiej podejmować w sprzyjających okolicznościach. To, że w odpowiednim momencie pojawiła się świetna grupa osób, wynika zarówno ze zrządzenia losu, jak i z otwartości na współpracę.
Jubileusz czasopisma to dobry moment, by podziękować. Dziękuję więc mojej mamie, która mnie zainspirowała, zainicjowała cały temat i współtworzyła go ze mną na początku. Dziękuję wspaniałemu, zgranemu zespołowi LNE. Dziękuję wszystkim, którzy się przez te 25 lat przyczynili do naszego sukcesu. Mam tu na myśli czytelników pisma, uczestników i wystawców kongresów, wykładowców i wielu współpracowników.

R.D.: Dziękujemy ludziom, którzy bardzo czynnie uczestniczyli w rozwijaniu naszej działalności, poświęcali często swój prywatny czas, by z nami rozmawiać i tworzyć nowe inicjatywy. Trudno ich wszystkich wymienić, to mogą być setki wspaniałych osób. Bardzo serdecznie dziękujemy za wszystko, co zrobili.

To tylko fragment
Pełny artykuł czytajza darmo
SPRAWDŹ