Bądź królową życia

O presji bycia idealną, sposobach na polubienie siebie i korzystaniu z uroków życia rozmawiamy z jedną z najbardziej znanych i cenionych psychoterapeutek w Polsce – Katarzyną Miller, która w listopadzie po raz pierwszy wystąpi na scenie Kongresu LNE i poprowadzi wyjątkowe warsztaty Masterclass dla specjalistek z branży beauty.

LNE: My, kobiety w Polsce, jesteśmy już „królowymi życia”?
Katarzyna Miller:
Bardzo bym chciała, żebyśmy już nimi były. Bardzo! Życzę tego wszystkim nam bardzo serdecznie, ale myślę sobie, że jeszcze tymi królowymi nie jesteśmy. Przede wszystkim dlatego, że same boimy się po to sięgać, jesteśmy jeszcze ciągle niepewne naszych praw. Kobiety w Polsce są bardzo zadaniowe, dużo umieją, ale też bardzo przejmują się tym, co „należy” robić, jakie „powinny” być. Mówiąc językiem bardziej terapeutycznym, mamy w sobie silnie zakorzenionego wewnętrznego rodzica, który mówi, jakie powinnyśmy być. I co mówi? Że powinnyśmy być pracowite, porządne, odpowiedzialne itd. I taka przeważnie ta statystyczna kobieta jest. Jeśli chodzi o pracę, zaszłyśmy daleko, natomiast jeśli chodzi o szczęście, życie intymne, nadal wiele nam brakuje. Myślimy o sobie w kategoriach „nie zasługuję”, „nie jestem dość dobra” i to wynika z wychowania, jakie otrzymałyśmy, z kobiecych wzorów, które oglądałyśmy z bliska – u naszych matek. Zawsze podczas dużych spotkań, w których udział bierze kilkaset osób, pytam: „która z was ma szczęśliwą matkę?”. Ręce podnosi kilka osób. No więc od kogo mamy się tego uczyć? Jaki popularny tekst często słyszymy w naszym kraju? „Taki jest los kobiety”. Oczywiście, dobra wiadomość jest taka, że to się stopniowo zmienia. Młode dziewczyny przychodzą na spotkania często ze swoimi mamami i te mamy też są bardzo otwarte. Wiatr historii wieje i przewiewa też na szczęście nasze głowy (śmiech). Mam więc nadzieję, że będzie coraz więcej zmian na lepsze!

Brakuje nam trochę luzu?
Luzu i poczucia, że życie może być bardziej zabawne, lekkie. Oczywiście czasem słyszę: co ty opowiadasz, przecież życie jest trudne! Prawda jest jednak taka, że bardzo dużo zależy od naszego nastawienia.

Żyjemy też pod presją „bycia idealną”!
Po pierwsze w ogóle nie wiadomo, skąd ten ideał się wziął, kto go wymyślił i niby dla kogo my mamy w ogóle takie idealne być. Ideał jest tylko ludzkim wymysłem, doprowadzonym do ostateczności, w rzeczywistości przecież nie ma ideałów. Dla jednej osoby ideałem będzie życie rodzinne w domu z dziećmi, a dla drugiej intensywna praca i wielka kariera. Dla kogoś ideałem jest piękny wygląd, dla innego wyjątkowe umiejętności, a dla jeszcze innego pogoda ducha. Nie ma jednego ideału, a my ciągle się na to łapiemy. 

Czy dążenie do takich wyimaginowanych ideałów nie wywołuje w nas złości? A kiedy już się zezłościmy i wybuchamy, to znowu słyszymy, że to nieładnie, bo kobieta powinna być miła i grzeczna?
Złości zabrania się nam pokazywać od dziecka. Dziewczynki słyszą najpierw, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, a potem, że „złość piękności szkodzi”. Co za bzdury! Potem same złościmy się na to, że tę złość powstrzymujemy, że sobie czegoś zabraniamy. Z drugiej strony uważa się, że kobiety są emocjonalne i pozwala się im okazywać emocje, ale potem, jak już taka kobieta wybuchnie, to słyszy, jaka to jest niedobra, jaka złośliwa. Okazuje się, że nie ma tu dobrego wyjścia. Nie powiem, że mamy wszystkie chodzić na terapię, bo oczywiste jest, że nie ma takiej możliwości. Co więc możemy zrobić? Przede wszystkim zdać sobie sprawę, że w danym momencie jesteśmy złe czy zdenerwowane! Często nie wiemy, co się z nami dzieje, a to po prostu złość. Dziś dużo ludzi nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co czuje. Ktoś nas pyta: dlaczego jesteś zła?, a my na to: ja zła? Skądże, ja po prostu mam dużo pracy. Trzeba sobie powiedzieć „Tak, jestem zła!”, pokrzyczeć, potupać, napisać parę listów do osób, które nas zezłościły, a tej złości im nie ujawniłyśmy…

I mamy wysłać te listy?
Absolutnie nie (śmiech). Trzeba napisać wszystkie świństwa, jakie się tylko chce i ich nie wysyłać! Chyba że ma się do załatwienia poważną sprawę, coś, czego się nie rozwiązało wcześniej – od czego np. zależy nasza dalsza współpraca z kimś – wtedy taki list możemy wysłać. Tylko oczywiście nie wysyłamy wersji pełnej inwektyw, tylko w poważny i odpowiedzialny sposób staramy się wyjaśnić konfliktowe kwestie. Niezałatwione sprawy, żale, pretensje czy niechęć leżą nam gdzieś na wątrobie i „gniją”. Potem w kontakcie z takimi osobami jesteśmy na siłę miłe, zmuszamy się do czegoś, a to już poważniejsza sprawa.

A może po prostu za dużo wymagamy – od siebie i od innych?
Są takie kobiety, które stawiają niesamowite wymagania głównie w sferach, w których to one rządzą – np. porządku, czystości, grzeczności; są w tym nadmiernie wymagające, a nie domagają się niczego dla siebie. Dlaczego? Bo usłyszą straszną rzecz – że są egoistkami. A właśnie, że mamy być egoistkami! To jeden z głównych elementów, które muszą się zmienić w naszym wychowaniu. Każdy z nas jest egoistą, niezależnie od tego, czy sobie to uświadamia, czy nie. Tak po prostu jest. Sęk w tym, żeby postępować świadomie, czyli być tzw. egoistą oświeconym. 

Co to oznacza?
Że mam być normalnym człowiekiem. Widzieć, że dla siebie to ja jestem osobą pierwszą. Niektóre kobiety jeszcze boją się posądzenia o bycie egoistką, ale jest coraz więcej kobiet wyzwolonych. Mamy już świadomość, że wiele nam wolno, ale jednocześnie nadal są ogromne obszary, gdzie wydaje się nam, że coś jest dla nas niedozwolone. 

Może musimy się nauczyć być po prostu dobre dla siebie samych…
To dokładnie to, o czym rozmawiamy! Mam być dobra dla dzieci, dla pieska czy kotka, dla męża lub partnera też by wypadało, a ja sama to już jakoś sobie tam poradzę. W efekcie wcale nie jesteśmy dla siebie dobre. 

Objawem tego jest np. problem z przyjmowaniem komplementów! 
Ja świetnie wyglądam? A gdzie tam, sukienka stara, a ja gruba i pomarszczona (śmiech). Czasem wystarczy zobaczyć, jak to wygląda w innych miejscach na świecie – zwykle ludzie odpowiadają uśmiechem na uśmiech innej osoby, a u nas relatywnie rzadko kobiety się „oduśmiechną”. Ale nie mówię oczywiście, że tak dzieje się w 100% przypadków, jest u nas na szczęście trochę zdrowszego towarzystwa. A przecież z komplementów powinniśmy się cieszyć, odpowiedzieć coś typu: „dziękuję, bardzo mi miło” albo: „dziękuję, pan/pani też świetnie wygląda”! I już jest inaczej, jest nam milej, lżej. 

Bycie dobrym dla siebie to dobry punkt wyjściowy do zmian?
Kochana, to już jest zmiana (śmiech)! I to najważniejsza. Kiedy jestem dobra dla siebie, nie mam tylu żalów i pretensji, lepiej rozumiem działania innych ludzi. Nie jestem już wtedy taka głodna tego, żeby to inni zobaczyli, że ja jestem fajna. Ja to już wiem i kiedy ktoś powie mi komplement, to po prostu jest mi przyjemnie, że też tę moją fajność zauważył. Mając takie podejście, inaczej traktuję wszystko, co dzieje się wokół mnie. 

Możemy się tego po prostu nauczyć? 
Tak! Można chodzić na warsztaty, czytać książki, konsultować się z innymi. Poradników na ten temat jest całe mnóstwo, m.in. „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą” czy napisany przeze mnie – „Chcę być kochana tak jak chcę”. Są nawet książki z ćwiczeniami. Pewne rzeczy trzeba zacząć robić inaczej niż dotąd. Jeśli jesteśmy zadowolone z życia, to nie musimy niczego zmieniać, ale jeśli czujemy, że czegoś nam brakuje – odkryjmy, co to jest! Jeśli dotyczy to czegoś, czego nie dostaliśmy od innych ludzi, to prawda jest taka, że oni nam już tego nie dadzą. Możemy też spróbować tak traktować ludzi, żeby ich na to dawanie otworzyć. Jeśli ja sama nie zacznę robić nowych rzeczy, nie zmienię swojego podejścia do pewnych kwestii, to nie mogę oczekiwać takich zmian od innych. Trzeba się ruszyć! Ludzie zwykle dobrze wiedzą, czego nie robią. Często słyszę: poszłabym gdzieś, coś bym zrobiła, wyjechałabym… no to na miłość boską, zrób to! Wyjechałabym, ale co z mężem, dziećmi. Co z nimi? Pomrą? Dużo mówimy, ale niewiele działamy. 
Miałam koleżankę, która przyjechała do Warszawy ze Szczecina i znała w mieście tylko mnie. Co kilka dni dzwoniła i opowiadała mi, gdzie była – na koncercie, na wystawie, na spacerze i tak dalej. Kiedy zapytałam, z kim była, odpowiedziała, że robiła to sama. To genialne. Boimy się działać same. Kobieta mówi: poszłabym do kina, ale nie pójdę sama, bo co o mnie pomyślą inni. Kobieto! Kto będzie o tym myślał?! Kogo to obchodzi? Ważne powinno być to, że zrobiłaś coś fajnego, na co miałaś ochotę. Poszukałaś nowych przeżyć, doświadczeń. Życie ma być dla nas atrakcyjne – wtedy chce się żyć!

A jeśli zwyczajnie brakuje nam czasu?
Każda z nas doskonale wie, że jak jej na czymś bardzo zależy, to znajdzie czas! Przecież to ja układam swój plan dnia. To ja pilnuję, żeby znaleźć czas na spacer, pójść z koleżanką na lody, obejrzeć fajny film. Jeśli nie mam z kim, a mam na coś ochotę, to robię to sama i tyle.
Zdradzi nam pani jakieś małe sposoby na fajniejsze życie? Są w ogóle takie uniwersalne metody?
Weźmy na przykład dzień, w którym się nam nudzi. Wystarczy zrobić coś zupełnie innego niż zawsze, porozmawiać z kimś o czymś nowym, odważyć się na coś innego niż zwykle. Możesz zrobić np. coś, co zawsze chciałaś, ale do tej pory się wstydziłaś/obawiałaś. I już znajdujesz się w nowej sytuacji, jesteś podekscytowana, czujesz przyjamną adrenalinkę. Jest fajnie! Za takie działania trzeba się samemu pochwalić, powiedzieć sobie „brawo, dziewczyno”. My się z zasady nie chwalimy. Nie cieszymy się spontanicznie. Oczywiście nie chciałabym generalizować, bo to też się zmienia, ale musimy pamiętać, że nikt za nas niczego nie przeżyje. Każdy z nas ma swoje życie i musi wypełnić je sam. 

Przechodząc do sedna – jak być kobietą i nie zwariować?
Musimy ustalić sobie własną, indywidualną hierarchię wartości. Zastanowić się, co jest dla mnie ważne, co muszę zrobić, a co sobie odpuścić. Umówmy się – ubrania mogą być niewyprasowane. Nauczmy się odpuszczać – sobie i innym. Można zacząć od małych rzeczy, chwalić się więcej niż krytykować, odpuszczać mężowi i dzieciom, dać szansę swojemu wewnętrznemu dziecku, żeby trochę pohasało, a nie tylko zastanawiać się, co muszę/co powinnam zrobić. Nic nie muszę. Mogę chcieć. A jak chcę, to robię – to moja decyzja. Jeśli zmuszam się do robienia czegoś, czego nie lubię, to zwykle nic z tego nie wychodzi. To jest tak proste, że aż niewiarygodne. Trzeba się tylko nauczyć słuchać siebie. Warto znaleźć sobie pracę, która sprawia przyjemność, otaczać się dobrymi ludźmi i robić to, co się lubi. Mamy szczęście, że każdy lubi inne rzeczy – ktoś z domowników może lubić zmywać, a ktoś odkurzać. A jak oboje czegoś nie lubimy, to róbmy to na zmianę i chwalmy się nawzajem za to! Nie ma potrzeby robić tu afery. Warto zacząć żyć tak, jak nam pasuje. 

Będzie pani gościem 38. Kongresu LNE – poprowadzi pani wykład, o którym już trochę rozmawiałyśmy (Sukces, kariera, rodzina – jak mieć to wszystko i nie zwariować?), oraz warsztaty masterclass. Czego dowiedzą się na nich uczestniczki?
Tytuł warsztatu to: „Jak pracować mądrze i nauczyć się dbać o siebie, czyli odrobina psychologii w branży beauty”. Szczegółową tematykę warsztatów znajdziecie poniżej, a ja dodam, że panie dowiedzą się tego, czego będą chciały, bo to jest spotkanie dla nich. Jeśli zechcą czegoś spróbować, coś przećwiczyć, ja jestem na wszystko otwarta. Możemy przerobić sobie różne sytuacje, z którymi spotkamy się w pracy, także te trudne, konfliktowe. Możemy podyskutować nad rozwiązaniami, sposobami radzenia sobie w takich wypadkach. Przegadać to, co im sprawia trudności i w czym są świetne, bo to jest bardzo ważne.

Już nie możemy się doczekać!

Rozmawiała Agnieszka Wróblewska