Pielęgnacja? Tak, poproszę
Pielęgnacja? Tak, poproszę

Nie należy bać się wykonywania zabiegów kosmetycznych u osób chorych na łuszczycę. Jednak aby robić to dobrze, konieczna jest wiedza i duże doświadczenie.

 

LNE: Specjalizuje się pani w pielęgnacji skóry osób z chorobami autoimmunologicznymi oraz zapalnymi, jak łuszczyca. Czy pamięta pani swojego pierwszego klienta dotkniętego tą chorobą?

Joanna Bieniek: Byłam wtedy świeżo po szkole kosmetycznej i osoba z mojej rodziny poprosiła mnie o zrobienie pedicure’u. Wtedy pierwszy raz zetknęłam się z paznokciami łuszczycowymi: miały tzw. plamki olejowe i rozmiękczoną strukturę, były pogrubione i dotknięte onycholizą. Ta osoba nie wiedziała, że ma łuszczycę paznokci, a do zmian płytki paznokciowej po prostu zdążyła się przyzwyczaić.
Jednak świadomość, że chcę z takimi chorymi pracować, wzbudziła we mnie inna klientka. Przyszła na hennę. To był sierpień, a ona była w grubej czapce, mocno zakrywającej włosy i za żadne skarby nie chciała jej zdjąć. Okazało się, że wcześniej w salonach spotkała się z odrzuceniem i zarzutami, że przychodzi na zabieg z grzybicą. U fryzjera wymagano od niej, aby zapisywała się na koniec dnia pracy, żeby można było po niej zdezynfekować salon. Historia tej klientki wywarła na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłam takim osobom pomagać. Bo objawy tej choroby można zaleczyć, złagodzić stan zapalny, poprawić komfort klienta i przede wszystkim – nie należy się tej choroby bać.

 

To jeden z mitów, który nieustannie należy obalać – że łuszczyca jest chorobą zakaźną.

Ta klientka uświadomiła mi, jak bardzo właśnie przez ten mit osoby chore cierpią. I to nie tylko z powodu samej dolegliwości, ale też z powodu odrzucenia i wykluczenia społecznego.

 

Jak się przygotować do obsługiwania takich klientów – jakie zabiegi są w ich przypadku bezpieczne, jakie działania poprawiają stan skóry i co zrobić, żeby klient odczuwał mniejszy dyskomfort związany z chorobą?

Najczęściej do gabinetów kosmetologicznych trafiają osoby znajdujące się już pod kontrolą lekarza i zaopatrzone w leki. Były czasem kierowane na pobyty sanatoryjne, balneo- czy światłoterapię. Najczęściej więc w gabinecie mamy do czynienia z osobami zaleczonymi.

Podstawą jest oczywiście wnikliwy wywiad. Musimy wiedzieć, że w przypadku tej choroby skóra nie dość, że pokryta jest łuską, która w szybkim tempie narasta i rogowacieje, to jest również dotknięta miejscowym stanem zapalnym z obrzękiem, któremu towarzyszy świąd. Taką tkankę traktujemy jak bardzo wrażliwą i przesuszoną. Bardzo dobrze sprawdza się wtedy kwas salicylowy, który rozluźnia połączenia naskórkowe, lub wysoko stężony mocznik – mamy dostępne preparaty w postaci peelingów chemicznych i enzymatycznych, które możemy bezpiecznie stosować.

Spotkałam się również w swojej praktyce z chorymi, u których po przebytej sterydoterapii pojawił się trądzik posterydowy, różowaty. Wtedy problem staje się poważniejszy, bo nie możemy zastosować wszystkich preparatów używanych przy trądziku różowatym, żeby nie podrażnić skóry, zbyt mocno ją stymulując. Jednocześnie dbając o naczynia krwionośne, musimy pamiętać, że mamy jeszcze do pokonania barierę naskórkową, która jest dużo grubsza niż u osób zdrowych.

 

Czy można się wtedy posłużyć metodami, które zwiększają przenikanie składników aktywnych, takimi jak stosowanie różnego rodzaju prądów czy mezoterapii?

Możemy korzystać z technik, które działają bezinwazyjnie, czyli w bezpośredni sposób nie naruszają ciągłości naskórka, nie pobudzają proliferacji keratynocytów.

To tylko fragment
Chcesz wiedzieć więcej?
Zaprenumeruj lub wykup dostępONLINE

LNE kupisz również w Empiku i salonach prasowych
SPRAWDŹ