Naturalne piękno #twarztoniepisanka

Niezwykle utalentowana makijażystka, która podbiła Nowy Jork, pracowała z największymi gwiazdami i projektantami mody, wróciła do Polski, gdzie oprócz pracy z najlepszymi wywołała niemały szum akcją #twarztoniepisanka. Rozmawiamy z Sylwią Rakowską, która opowiada nam o początkach i rozwoju swojej kariery, wyjaśnia swoje podejście do makijażu i zdradza, co pokaże podczas sesji make-up na 38. Kongresie LNE.

LNE: Studiowałaś grafikę, malarstwo i fotografię na gdańskiej ASP – jak rozpoczęła się twoja przygoda z makijażem?
Sylwia Rakowska:
Szczerze mówiąc, wyszło to dość spontanicznie. W trakcie studiów chciałam dorobić sobie jako modelka, jednak ostatecznie ten zawód nie bardzo mi odpowiadał, za to spodobały mi się lekcje makijażu, które mieliśmy w agencji. Pomyślałam sobie, że jako grafik czy fotograf byłabym zmuszona pracować siedząc sama przed komputerem czy w ciemni, tymczasem praca z ludźmi – tak jak w przypadku makijażysty – zaczęła mi się coraz bardziej podobać. Zostałam więc w tej agencji, ale już nie jako modelka, ale makijażystka. Zaczęłam pracować przy sesjach z fotografem, który był moim kolegą z ASP. Wtedy też w Gdyni otwierał się dom handlowy Klif i pracowaliśmy wspólnie przy tworzeniu jego kampanii – ja nad makijażem, włosami i stylizacją modelek. Byłam wtedy na trzecim roku studiów. Wkrótce potem zostałam główną makijażystką polskiej marki Paloma.

W międzyczasie zrobiłaś jakieś dodatkowe kursy?
Nie. Studiowałam malarstwo i grafikę, byłam uzdolniona manualnie. Miałam dobre wyczucie kolorów, wiedzę na temat budowy brył, którą zdobyłam podczas zajęć z rzeźby, więc praca nad modelowaniem i podkreślaniem atutów twarzy przychodziła mi z łatwością. Płynnie przeszłam do świata makijażu.

W roku 2000, na czwartym roku studiów wyjechałaś do Nowego Jorku – jaką drogę przeszłaś od przyjazdu do Stanów do pracy przy pokazach mody (m.in. Marc Jacobs, DNKY, Oskar de la Renta) i malowania gwiazd, takich jak np. Winona Ryder czy Olivia Wilde?
Na początku pracowałam przy renowacji starych mebli i jako dekorator w znanej firmie American Christmas Decorations, dekorującej prestiżowe miejsca na Manhattanie, takie jak Rockefeller Center czy Barney’s. Gdy tylko dostałam swoją pierwszą kartę kredytową, rzuciłam pracę i zaczęłam szukać fotografa, z którym mogłabym zrobić zdjęcia do portfolio. Codziennie siadałam przed komputerem i wyszukiwałam ogłoszenia fotografów, którzy szukali makijażysty do pracy przy sesji. Szczerze mówiąc, bywało różnie i to była ciężka przeprawa (śmiech). Pierwszy z fotografów mieszkał pod mostem Brooklińskim w samochodzie i zaprosił mnie na oglądanie swojego portfolio o północy. Nie wiedziałam, czy iść, czy raczej odpuścić, ale w końcu poszłam.

I rzeczywiście miał w tym samochodzie swoje portfolio?
Tak, ale składało się z jednego zdjęcia i to niezbyt dobrego (śmiech). Z kolejnym, który mieszkał poza Nowym Jorkiem, umawiałam się na sesję trzy razy, ale nigdy na żadną z nich nie dojechała modelka. Pierwszym prawdziwym fotografem, z którym współpracowałam był David Massio, który miał swoje studio na Manhattanie i robił prawdziwe sesje. Po roku poznałam z kolei Kevina Sinclaira, z którym pracuję i przyjaźnię się do dziś. Zrobienie dobrego portfolio z Kevinem zajęło mi 3 miesiące i z tym portfolio dostałam się do agencji.

Do bardzo prestiżowej agencji…
Swoją „książkę” składającą się z 60 zdjęć zrobionych z jednym fotografem zostawiłam w agencji Ford. Już następnego dnia odebrałam telefon od ich przedstawiciela, który powiedział: „Sylwia, jesteś megazdolna, bierzemy cię!”. Z tą agencją współpracuję do dziś. Jestem im bardzo wdzięczna za to, że dali mi szansę, chociaż nie miałam znajomości i nie mogłam im „przynieść” ze sobą nowych klientów.

Cały artykuł przeczytasz w LNE 120