Czy kosmetologia to zawód, czy misja? Dla Doroty Rybarczyk z gabinetu Upiększarnia w Małej Nieszawce – jedno i drugie.
LNE: Jak panią przedstawić zawodowo?
Dorota Rybarczyk: Ustawiając priorytety: jestem onkokosmetologiem, kosmetologiem i pielęgniarką.
Pisze pani o sobie, że była jedną z pierwszych osób, które zajęły się tematem onkokosmetologii w Polsce – to było mniej więcej dwadzieścia lat temu. Czy i ile przez ten czas się zmieniło: jeśli chodzi o dostępność onkokosmetologii, o podejście do tej kwestii pacjentów i kosmetologów, ale też lekarzy?
Kiedy zaczynałam się interesować tym tematem – co było też wynikiem moich osobistych doświadczeń – on właściwie u nas nie istniał. Mam wręcz wrażenie, że to ja ukułam pojęcie kosmetologii onkologicznej. Widziałam potrzebę, ale też ogromne ograniczenia. Po pierwsze: wiedziałam, że nie jestem wystarczająco przygotowana, żeby działać bezpiecznie. Po drugie: jeśli zaplanowałam działania, które moim zdaniem mogły się sprawdzać u pacjentów onkologicznych, to nie za bardzo miałam narzędzia, żeby je zrealizować. W aptece był dostępny jeden krem, marki kosmetyczne nie proponowały odpowiednich produktów do pielęgnacji gabinetowej.
Osobna kwestia to podejście środowiska medycznego do kwestii onkokosmetologii – lekarze kompletnie nie byli tym tematem zainteresowani, poza kilkoma osobami, które udało mi się zaprosić na pierwszą w Polsce konferencję poświęconą kosmetologii onkologicznej. Niestety kosmetolodzy też nie wykazywali dużego zainteresowania. Organizowaliśmy takie konferencje pięć lat z rzędu i właściwie przez pierwsze dwa lata trudno nam było zgromadzić publiczność. Ale za to chętnie przychodziły pacjentki onkologiczne. Była też garstka kosmetologów, do których temat trafiał i którzy wracali do swoich gabinetów, żeby tam praktykować kosmetologię onkologiczną.
Tak więc kosmetyków nie było, lekarze byli nastawieni co najmniej obojętnie, a kosmetolodzy nie bardzo interesowali się tematem, chociaż akurat w tym środowisku był przynajmniej jakiś potencjał. Jak te trzy elementy zmieniały się przez kolejne lata?
Najbardziej zmieniła się kwestia dotycząca materiałów, na których pracujemy – na rynku pojawiły się dziesiątki, jeśli nie setki, kosmetyków, które z powodzeniem mogą być stosowane u osób poddanych chemio- i radioterapii czy terapii blizn, i we wszystkich innych dolegliwościach, które dotykają pacjentki w trakcie leczenia. Od dłuższego czasu wiele profesjonalnych marek oferuje specjalne linie produktów. W kwestii narzędzi, których możemy używać, mamy więc w tej chwili luksusową sytuację.
Czy przez te lata pojawiły się produkty, które były reklamowane jako bezpieczne albo zalecane, a okazały się szkodliwe?
Raczej nie. Przy działaniu z pacjentem onkologicznym kosmetolodzy są szczególnie odpowiedzialni i ostrożni. Jeśli nie ma wystarczającej pewności, że jakiś zabieg można bezpiecznie wykonać, to raczej pacjentka onkologiczna spotka się z odmową niż z przekroczeniem granicy.
To chyba dobrze?
Z jednej strony – bardzo dobrze, ale z drugiej strony to powód, dla którego takie pacjentki przez lata w ogóle nie przychodziły do gabinetów kosmetologicznych. Albo jeśli przychodziły, to słyszały, że żadnego zabiegu wykonać nie wolno. To ten nieszczęsny mit pięcioletniej karencji, który od dawna staram się obalać. Bo teraz już wiemy, że w przypadku wielu zabiegów z zakresu kosmetologii nie trzeba czekać, żeby móc je wykonać u pacjenta onkologicznego. Takie podejście wpajano również przez lata na uczelniach medycznych.
Może lekarze po prostu wolą dmuchać na zimne, nie zważając na odczucia pacjentów?
To nie jest tak, że lekarze dmuchają na zimne. Ich ten obszar – czyli pielęgnacji w trakcie leczenia – kompletnie nie interesuje. Tak było przed laty i tak jest często teraz. Chociaż trzeba przyznać, że to się powoli zmienia, a każda onkokosmetolożka najczęściej współpracuje z lekarzem – onkologiem, radioterapeutą czy chemioterapeutą. Zauważyłam jednak, że znaczenie ma płeć lekarza. Te pacjentki, które przychodzą do mnie na zabieg – chociażby nitkowania w trakcie hormonoterapii, w przypadku której skutkiem ubocznym może być nadmierne owłosienie – trafiają do mnie od onkolożek. Po prostu kobiety lekarki inaczej odczytują potrzeby kobiet pacjentek. Największym problemem jest obecnie – i nie mam żadnych oporów, żeby o tym mówić – podejście lekarzy mężczyzn reprezentujących starsze pokolenie. Kiedy zaczynali czy rozwijali swoje kariery, tego rodzaju tematy nikogo nie obchodziły i niestety tak pozostało w ich przypadku do dziś. To pokolenie, które mówi: „Umyj się szarym mydłem, to wystarczy”.
Inaczej sprawa wygląda z kobietami onkolożkami. Niedawny przykład: późnym wieczorem, żeby zdążyć jeszcze przed podjęciem leczenia, zakończyłyśmy zabieg pigmentowania brwi u pacjentki. Przygotowywała się do chemioterapii i zależało jej, żeby w trakcie leczenia zadbać też o swoje samopoczucie, jakość życia i wygląd. Wcześniej skonsultowała wszystko ze swoją lekarką. Kobiety lekarki po prostu lepiej rozumieją, że ta utrata części atrybutów kobiecości, kwestie związane z wyglądem mają ogromny wpływ na jakość życia pacjentki. Jednak w procesie leczenia w ogóle nie jest ujęty obszar, którym zajmuje się onkokosmetologia. A to przecież łącznik między terapią onkologiczną a funkcjonowaniem kobiety w społeczeństwie.
Skoro w systemie ochrony zdrowia nie przewidziano zabiegów onkokosmetologii, to to, czy pacjentka trafi do gabinetu, który o nią zadba, zależy od jej szczęścia. I oczywiście od tego, czy ma na to pieniądze.
Rzeczywiście systemowo to nie działa wcale. Dlatego założyłam fundację „Piękno mimo wszystko”, zamykając moje dwudziestoletnie działania w formalnym projekcie. Kolejnym naszym krokiem jest wystosowanie apelu do krajowego konsultanta onkologii i do Ministerstwa Zdrowia o włączenie części zabiegów kosmetologii onkologicznej do pakietu zabiegów refundowanych. Wiem, że można myśleć, że porywamy się z motyką na słońce, ale przecież to już funkcjonuje w innych krajach! Na przykład w Niemczech pacjentki onkologiczne dostają informację, gdzie mogą się udać na pigmentację kompleksu otoczka-brodawka. I u nas ktoś musi rozpocząć ten temat, bo staje się coraz głośniejszy i bardziej oczywisty, a pacjentki coraz częściej mówią, że im tego brakuje.
Jest pani autorką programu studiów podyplomowych w zakresie kosmetologii onkologicznej. Poproszono panią o to czy sama pani zaproponowała ten temat jednej z toruńskich uczelni?
Ja złożyłam projekt. Spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem i już przy pierwszym naborze udało nam się utworzyć grupę.
Dużo czasu zajęło opracowanie programu?
Nie. Bazowałam na mojej codziennej pracy i w pewnym sensie spisałam swoje doświadczenia, wiedząc, czego potrzebują pacjentki i czego potrzebuje kosmetolog, żeby umieć opracować odpowiednią, a przede wszystkim bezpieczną terapię. Wplotłam w to kilka niezbędnych obszarów medycznych, bo żeby móc zająć się pacjentem, kosmetolog musi mieć trochę większą wiedzę na temat samej choroby, sposobów leczenia i diagnostyki laboratoryjnej – musi umieć interpretować wynik, z którym pacjent do niego przychodzi.
Co jest najtrudniejsze w pracy z pacjentem onkologicznym?
Pieniądze, a właściwie ich brak. Przez lata wiele kosztów związanych z wykonywaniem zabiegów pokrywałam z własnej kieszeni, ale to urosło do ogromnych rozmiarów, stąd pomysł na fundację. Czasami pojawiają się różnego rodzaju dofinansowania, ale ciągle jest ich za mało, bo gros pacjentów, to nie są zamożne osoby. A ja mam poczucie, że nie mogę odesłać z kwitkiem kogoś, kto przychodzi do mnie po pomoc. Czasami przyjeżdża z drugiego końca Polski. Tak, pieniądze to chyba najtrudniejsza kwestia. To, a nie praca z pacjentem, chociaż mamy jako społeczeństwo skłonność do demonizowania chorób nowotworowych i nie potrafimy sobie radzić z kontaktem z chorymi. Nawet jeśli to nasi bliscy.
Myślałam, że powie pani, że najtrudniejsze jest przekonanie pacjentki do wizyty u kosmetologa, gdy ona ma zupełnie czym innym zaprzątniętą głowę.
To też, ale to się nie wysuwa na plan pierwszy. Muszę też dodać, że kiedy się spotykam z pacjentami, to najczęściej są to bardzo pogodne wizyty. Od tych kobiet często można się wiele nauczyć. I zwykle nie chcą rozmawiać o chorobie, bo do gabinetu przychodzą po normalność.
Jest jakaś ogólnopolska baza kosmetologów onkologicznych dostępna dla pacjentów?
W tej chwili nie ma, ale w ramach działania Fundacji zamierzamy stworzyć stronę z bazą informacji związanych z pielęgnacją urody dla pacjentów onkologicznych i z bazą onkokosmetologów.
Kończy pani pielęgniarstwo. Czasami pielęgniarki, które pracowały w szpitalach, zmieniają branżę i zaczynają się zajmować zabiegami medycyny estetycznej.
Nie interesuje mnie medycyna estetyczna. Mam w swoim gabinecie lekarza, który się tym zajmuje. To obszar, w który w ogóle nie zamierzam wchodzić. Kończę pielęgniarstwo, żeby być pielęgniarką. Chcę poszerzyć swoje kompetencje w zakresie onkokosmetologii. Te studia dały mi zupełnie inną perspektywę, nie tylko w pracy z pacjentem onkologicznym, ale w ogóle z ludźmi. Czuję się też bezpieczniej, mając bardziej holistyczną wiedzę. Nie boję się zadawać pytań dotyczących stanu zdrowia i wiem, o co pytać. Nawet jeżeli nie wprost, to jednak potrafię uzyskać informację, która jest niezbędna do zakwalifikowania do zabiegu. Myślę, że dzięki temu, że jestem też pielęgniarką, daję większe poczucie bezpieczeństwa moim pacjentkom.
Specjalizuje się pani również w makijażu permanentnym. Jest pani szkoleniowcem i biegłym sądowym w tej dziedzinie. Musi to pani lubić.
Bardzo! Poświęciłam pigmentacji prawie całe życie zawodowe. To obszar, który daje ogromną satysfakcję, bo realnie poprawia komfort życia klientek.
Od dawna pełni pani funkcję biegłego sądowego?
Od półtora roku. Zgłosiłam swoją kandydaturę, przeszłam odpowiedni proces weryfikacji, trzeba było oczywiście udokumentować swoje wykształcenie i doświadczenie. To dość mocno angażująca i odpowiedzialna rola.
Nie boi się pani, że zrobi sobie pani wrogów w branży, w końcu przyczynia się pani do rozstrzygania sporów między linergistami i klientami?
Nie myślę o tym w ten sposób. Jestem uczciwa, działam zgodnie ze swoim sumieniem. I tak jak nigdy nie przejmowałam się konkurencją, dzięki czemu mam mnóstwo przyjaciół w branży, tak nie przyszło mi do głowy, żeby się bać, że zrobię sobie wrogów. Po prostu robię swoje.
Dlaczego po kilkunastu latach przeniosła pani swój gabinet z Torunia do leżącej nieopodal Małej Nieszawki?
W pewnym momencie poczułam, że chcę trochę przeorganizować swoje zawodowe życie – postawić na spokój, komfort, relaks. Długo szukałam i w końcu znalazłam dom właśnie w Małej Nieszawce, która jest trochę sypialnią Torunia. Przeniesienie gabinetu wiązało się dla mnie z ogromnym stresem, bo wszyscy pytali, czy nie boję się, że klienci nie będą do mnie przyjeżdżać. Odważyłam się między innymi dlatego, że osiemdziesiąt procent moich klientów jest spoza Torunia, więc dla nich dojazd i tak nie stanowił problemu, zwłaszcza że teraz obok gabinetu jest wygodniejszy parking.
W tym samym czasie zmniejszyłam trochę mój zespół, bo rozumiałam rozwój nie jako ciągłe powiększanie gabinetu, ale jako doskonalenie jakości. Zajęłam się też bardziej pracą na uczelni, moimi studiami pielęgniarskimi i pracą z pacjentem onkologicznym.
To był dobry kierunek. Nie mam też potrzeby gonienia za czymkolwiek, mogę oddawać się pracy z pasją, czuć ogromną satysfakcję na wielu obszarach, w tym w pracy na uczelni. Zwłaszcza kiedy wiem, że pomagam przygotowywać kolejnych kosmetologów do pracy z pacjentkami onkologicznymi.
Rozmawiała Grażyna Jabłońska

Dorota Rybarczyk - onkokosmetolog, kosmetolog i pielęgniarka.