Stres nie dotyczy wyłącznie psychiki – komórki również reagują stresem biologicznym. W takim stanie fibroblasty przestają być „wydajne regeneracyjnie”. Zamiast zwiększać syntezę kolagenu, produkują go mniej.
LNE: Czym z biologicznego punktu widzenia jest stymulacja tkanek, a czym jest przestymulowanie? I gdzie przebiega ta granica?
Alexa Antczak: Z biologicznego punktu widzenia stymulacja tkanek to kontrolowany bodziec, który uruchamia w skórze sekwencję procesów naprawczych. Może to być bodziec mechaniczny, termiczny, chemiczny lub świetlny, w zależności od zastosowanej technologii. Kluczowe jest to, że w odpowiedzi na taki bodziec pojawia się krótkotrwała, fizjologiczna reakcja zapalna. Podkreślam słowo „fizjologiczna”, ponieważ stan zapalny sam w sobie nie jest zły – jest potrzebny, aby w ogóle mogła rozpocząć się przebudowa. W kolejnych etapach dochodzi do aktywacji fibroblastów, czyli komórek odpowiedzialnych między innymi za syntezę kolagenu, elastyny i składników macierzy zewnątrzkomórkowej.
Ostatecznym celem jest poprawa jakości tkanek: lepsza organizacja włókien, odbudowa macierzy zewnątrzkomórkowej oraz wzmocnienie funkcji bariery naskórkowej. Bardzo mocno podkreślam znaczenie bariery, ponieważ jest ona kluczowa w każdej terapii, niezależnie od tego, czy pracujemy ze skórą problematyczną, czy w obszarze anti-aging.
Kiedy mamy do czynienia z przestymulowaniem?
Ono pojawia się wtedy, gdy bodziec jest zbyt silny albo zbyt często powtarzany. Zamiast krótkiej, kontrolowanej reakcji uzyskujemy proces przedłużony. Stan zapalny nie wygasa, lecz się utrzymuje. A kiedy utrzymuje się przewlekle, zaczyna działać destrukcyjnie. W tym momencie zamiast budowy pojawia się degradacja. To właśnie tutaj przebiega granica, o którą pani pyta – tam, gdzie skóra traci zdolność pełnej regeneracji pomiędzy bodźcami i pozostaje w reakcji zapalnej.
Czyli w praktyce chodzi o to, aby nie nakładać stanu zapalnego na stan zapalny.
Dokładnie tak. Jeżeli skóra nie zdążyła się wyciszyć i odbudować, a my dokładamy kolejny bodziec, zamiast przebudowy dochodzi do uszkodzenia.
I to jest bardzo częsty błąd, ponieważ w gabinetach łatwo ulec złudzeniu, że skoro skóra „reaguje”, to znaczy, że „działa”. Tymczasem reakcja nie zawsze jest równoznaczna z regeneracją. W przewlekłym stanie zapalnym obserwujemy wzrost stresu oksydacyjnego oraz zwiększoną aktywność enzymów degradujących białka macierzy zewnątrzkomórkowej, głównie metaloproteinaz. Pojawiają się również zaburzenia angiogenezy, czyli procesu tworzenia nowych naczyń, oraz zaburzenia mikrokrążenia. To z kolei przekłada się na gorsze dotlenienie i odżywienie tkanek. W efekcie struktura skóry ulega osłabieniu, a nie wzmocnieniu.
Weźmy to na tapet gabinetowo. Mikronakłuwanie jest dobrym przykładem, bo bywa nadużywane. Jak często można je powtarzać, aby nadal pozostawać w stymulacji, a nie w przestymulowaniu?
Każdy pacjent ma indywidualne tempo procesów naprawczych – to absolutna podstawa. Jeśli jednak ująć to w ramy praktyczne, nie wykonuję mikronakłuć częściej niż co cztery do sześciu tygodni i rzadko planuję serie dłuższe niż dwa do trzech zabiegów. Oczywiście kondycja skóry ma ogromne znaczenie, bo inaczej pracujemy ze skórą grubą, z bliznami, a inaczej ze skórą cienką, delikatną czy wrażliwą. Zasada ogólna jest jednak taka, że skóra musi mieć czas, aby się zamknąć, uspokoić, odbudować barierę i dopiero wtedy rozważamy kolejny bodziec.
Spotykałam się z seriami czterech, pięciu, a nawet sześciu mikronakłuć, często łączonych z peelingami chemicznymi lub wykonywanych w bardzo krótkich odstępach. Niestety widziałam również powikłania. Trafiały do mnie pacjentki po takich protokołach z wyraźnym obrazem skóry przestymulowanej.
Co pani obserwowała w tych przypadkach? Dla odbiorców LNE kliniczny konkret bywa często bardziej edukacyjny niż teoria.
Najczęściej są to sytuacje, w których bariera naskórkowa nie zdążyła się odbudować, a dokładamy kolejne złuszczanie lub kolejny uraz. Skóra nie wraca do równowagi. Pojawia się utrwalony rumień, pieczenie, uczucie napięcia, nadwrażliwość na kosmetyki, a czasem – paradoksalnie – przetłuszczanie przy jednoczesnym odwodnieniu. Taki stan jest bardzo trudny terapeutycznie, ponieważ wymaga przerwania całej „stymulacji” i wejścia w długi proces naprawczy.
Drugim istotnym aspektem jest głębokość nakłuć. Jeżeli są one zbyt głębokie i prowadzą do krwawienia, ryzyko zaburzeń gojenia znacząco rośnie. Mikrokrążenie zostaje przeciążone, naczynia są drażnione, a u pacjentów z predyspozycjami naczyniowymi bardzo łatwo o problem, z którego później trudno się wycofać.
Czyli można to ująć prosto: im silniejszy bodziec, tym dłuższa powinna być przerwa między zabiegami.
Tak, to bardzo dobra zasada. Widzę ją nie tylko w przypadku mikronakłuwania, ale również w korelacji zabiegów laserowych i retinoidów. Jeżeli wykonujemy silnie przebudowujące procedury, na przykład laser frakcyjny ablacyjny, bariera hydrolipidowa zostaje mocno naruszona i skóra potrzebuje czasu. Czasem nawet dwóch miesięcy, aby bezpiecznie wrócić do intensywnych substancji aktywnych, takich jak retinoidy czy peelingi chemiczne. To nie jest teoria, tylko praktyka kliniczna.
Co dokładnie dzieje się w tkance, gdy bodziec jest zbyt silny lub zbyt częsty?
Na poziomie komórkowym fibroblasty przechodzą w stan stresowy. Bardzo lubię używać tego określenia, ponieważ stres nie dotyczy wyłącznie psychiki – komórki również reagują stresem biologicznym. W takim stanie fibroblasty przestają być „wydajne regeneracyjnie”. Zamiast zwiększać syntezę kolagenu, produkują go mniej. Jednocześnie wzrasta aktywność enzymów, które kolagen rozkładają, czyli metaloproteinaz macierzy.
Zwiększa się także ilość reaktywnych form tlenu, co pogłębia stres oksydacyjny i zaburza procesy naprawcze. W macierzy zewnątrzkomórkowej nie dochodzi do prawidłowej przebudowy. Kolagen ulega chronicznemu rozpadowi, a skóra traci swoje „rusztowanie”, odpowiedzialne za sprężystość i gęstość.
Jeżeli chodzi o naczynia, przy przewlekłym stanie zapalnym dochodzi do zaburzeń regulacji ich rozszerzania i zwężania. Ściany drobnych naczyń mogą grubieć, tracić elastyczność i łatwiej pękać. Klinicznie widzimy utrwalony rumień, który nie przechodzi w fazę spoczynku. Skóra nie wraca do równowagi – jest podrażniona, pobudzona i rozgrzana. Długofalowo oznacza to gorsze dotlenienie i odżywienie tkanek oraz spowolnione gojenie.
Czyli z biologicznego punktu widzenia zamiast remodelingu pojawia się przewlekły proces degradacyjny, obejmujący kolagen, naczynia i barierę.
Tak i to też powód, dla którego „wrażliwa skóra” bardzo często nie jest cechą wrodzoną, lecz wtórnym skutkiem źle prowadzonej terapii.
A co dzieje się immunologicznie, gdy bodziec jest zbyt silny lub zbyt częsty?
W odpowiedzi na nadmierny bodziec dochodzi między innymi do aktywacji mastocytów, czyli komórek tucznych. To one uwalniają mediatory stanu zapalnego, takie jak histamina, tryptaza czy cytokiny, które podtrzymują reakcję zapalną.
W praktyce wygląda to tak, że skóra traci tolerancję immunologiczną. Staje się bardziej reaktywna i podatna na podrażnienia oraz czynniki zewnętrzne. Pacjentki często mówią: „mam skórę alergiczną, na wszystko reaguję”. A w wywiadzie okazuje się, że przez długi czas wykonywały zbyt wiele procedur naruszających barierę lub stosowały bardzo agresywną pielęgnację domową z ciągłym złuszczaniem.
W takiej sytuacji zamiast dokładać kolejne technologie, trzeba zrobić krok w tył. Skupić się na odżywieniu, wyciszeniu zapalenia, uszczelnieniu naczyń i odbudowie bariery. Dopiero gdy skóra odzyska równowagę, można wrócić do terapii przeciwstarzeniowych, retinoidów czy mocniejszych procedur.
W naszej rozmowie padło zdanie, które warto wprost nazwać, bo to duży problem edukacyjny. Dlaczego skóra nie regeneruje się w nieskończoność?
Choć ma ogromny potencjał regeneracyjny, biologicznie jest on ograniczony. Fibroblasty mają określoną liczbę podziałów komórkowych. Z czasem ich potencjał naprawczy spada, a część komórek wchodzi w proces starzenia komórkowego, który jest nieodwracalny. Jeżeli ignorujemy te ograniczenia i stale „popychamy” skórę do przebudowy, finalnie pogarszamy jej jakość. Może to prowadzić do ścieńczenia skóry, utraty elastyczności, przewlekłego stanu zapalnego i efektu odwrotnego od zamierzonego.
Jakie sygnały ostrzegawcze wysyła skóra przestymulowana, zanim pojawią się trwałe uszkodzenia? Na co kosmetolog lub terapeuta powinien zwrócić uwagę w gabinecie?
Pierwszym sygnałem jest rumień utrzymujący się dłużej niż siedemdziesiąt dwie godziny. To bardzo ważna granica, ponieważ pokazuje, że naczynia i układ zapalny nie wracają do równowagi. Drugim sygnałem jest uczucie napięcia i ściągnięcia zamiast sprężystości. Pacjentka mówi, że skóra jest „dziwnie sztywna”, „sucha”, „piecze” lub „ciągnie”.
W gabinecie obserwujemy opóźnione gojenie mikrouszkodzeń, nadmierną suchość i pogorszenie tekstury. Skóra bywa matowa, nierówna, czasem bardziej wiotka. Bardzo charakterystyczny jest też obraz skóry cienkiej, zaczerwienionej i rozgrzanej, która jednocześnie zaczyna się wyświecać w ciągu dnia. Pacjentka mówi: „jestem sucha, ale się świecę”. To typowy objaw rozregulowanej bariery, zwiększonej przeznaskórkowej utraty wody i zaburzonej pracy gruczołów łojowych.
Dlaczego brak efektu po zabiegach bywa objawem przestymulowania, a nie źle dobranej technologii?
Ponieważ skóra przestymulowana przestaje reagować fizjologicznie. Fibroblasty w stanie stresu nie odpowiadają prawidłowo na bodźce. Można powiedzieć obrazowo, że organizm przechodzi w tryb obronny – koncentruje się na ochronie i wyciszeniu, a nie na regeneracji. Receptory komórkowe mogą mieć obniżoną wrażliwość, a procesy naprawcze są spowolnione.
Skóra w dobrej kondycji regeneruje się w przewidywalnym czasie: po zabiegu wycisza się, bariera się odbudowuje, a jakość tkanek poprawia. Gdy brak efektów łączy się z rumieniem, pieczeniem, napięciem, opóźnionym gojeniem i pogorszeniem tekstury, w pierwszej kolejności podejrzewam przeciążenie biologiczne, a nie źle dobraną technologię.
Czyli to moment, w którym trzeba umieć powiedzieć pacjentce: teraz nie dokładamy stymulacji, tylko wchodzimy w etap naprawy.
Dokładnie. I to bywa trudne, ponieważ pacjentka często oczekuje „więcej i mocniej”. Na początku terapii widzi szybkie efekty – skóra jest „wdzięczna”, bo dostaje pierwszy bodziec i reaguje poprawą. To buduje przekonanie, że każdy kolejny intensywny zabieg przyniesie jeszcze lepszy efekt. Tymczasem regeneracja to proces, a nie ciągła eskalacja bodźców.
Wspomniała pani o charakterystycznym obrazie skóry po nadmiarze procedur – sztywnej, cienkiej, jakby „zabetonowanej”.
To obraz będący efektem lat dokładania technologii bez etapu regeneracji i bez realnej pracy nad barierą. Zdarza się, że pacjentka przechodzi serię mocnych zabiegów, a w domu stosuje minimalną pielęgnację, na przykład „tylko krem nawilżający”, bo „był laser”. W ten sposób skóra zostaje przeciążona, a jednocześnie nie otrzymuje wsparcia niezbędnego do przebudowy i odbudowy bariery.
Jeśli pacjentka wykonuje cztery zabiegi laserem frakcyjnym ablacyjnym co miesiąc, to często nie jest już stymulacja, tylko droga do przestymulowania.
Niestety tak. A później pacjentka zostaje z rumieniem, pieczeniem, cienką skórą i brakiem poprawy. Odwrócenie takiego stanu jest możliwe, ale wymaga czasu i dużej cierpliwości.
Skóra z tendencją do nadprodukcji łoju bywa trudna w regeneracji, bo wszyscy boją się „zapchania”. Jakie składniki i strategie sprawdzają się u pani najlepiej?
W zabiegach bardzo często sięgam po egzosomy i czynniki wzrostu – rozwiązania wykorzystywane w medycynie regeneracyjnej. Widziałam bardzo dobre efekty w sytuacjach powikłań, po oparzeniach i przy skórze silnie przeciążonej. Często pracuję również z kolostrum, które wspiera procesy regeneracyjne.
Retinoidy wprowadzam dopiero wtedy, gdy bariera jest stabilna. Działają stymulująco i pobudzają procesy odnowy, ale w skórze przestymulowanej mogą pogłębić problem. W pielęgnacji domowej kluczowe są antyoksydanty, witaminy, ceramidy oraz składniki łagodzące i odbudowujące. Przy skórze wrażliwej dobrze sprawdza się także wąkrota azjatycka, ale nie jako moda, tylko jako element realnego wsparcia bariery.
A probiotyki i prebiotyki?
W pielęgnacji miejscowej mam z nimi mniejsze doświadczenie, natomiast bardzo dużo mówię o probiotykach w kontekście jelit. U pacjentów z trądzikiem widzę silny związek osi jelito–skóra. Jeżeli podstawowe badania są w normie, kolejnym krokiem bywa diagnostyka przewodu pokarmowego. Przy przewlekłym stresie, gorszym odżywianiu i używkach dysbioza jelitowa jest coraz częstsza i bardzo wyraźnie odbija się na skórze.
Jak planować terapię zabiegową w czasie, aby wspierać regenerację zamiast ją sabotować?
Dla mnie kluczowe jest planowanie terapii w oparciu o biologiczny rytm regeneracji skóry, a nie o kalendarz wizyt. Każdy bodziec uruchamia sekwencję procesów: fazę zapalną, następnie proliferację komórkową, remodeling tkanek i wreszcie fazę stabilizacji, w której skóra odbudowuje zasoby i utrwala efekty.
Odstępy i kolejność zabiegów muszą umożliwiać domknięcie każdego etapu przed kolejną stymulacją. Szczególnie ważna jest faza stabilizacji, która bardzo często bywa pomijana. Świadoma terapia nie polega na ciągłej stymulacji, lecz na umiejętnym przeplataniu bodźców z czasem regeneracji. Zwracam uwagę na porę roku, styl życia pacjentki, reakcję bariery, mikrokrążenie i tempo gojenia. Dlatego unikam sztywnych obietnic i wolę pracować etapami, obserwując odpowiedź skóry.
Czyli w dużym uproszczeniu: skuteczny plan to nie „więcej”, tylko „mądrzej”.
Dokładnie tak.
Rozmawiała Agnieszka Gomolińska

Alexa Antczak
Magister kosmetologii klinicznej, założycielka Kliniki Alexa Antczak Kosmetologia & Day SPA. Ukończyła studia z kosmetologii klinicznej na Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie, a następnie przez lata zdobywała doświadczenie w renomowanych klinikach medycyny estetycznej. Jej mocną stroną są autorskie terapie dla skóry problematycznej, z przebarwieniami, rumieniem czy nawracającym trądzikiem, zabiegi laserowe, które dają efekty silnego resurfacingu i anti-aging.