Ciało i stres, serce i mózg

Czy mierząc się z codziennymi wyzwaniami, jesteśmy skazani na zdrowotne konsekwencje życia w napięciu? Co możemy zrobić, by zwiększyć wytrzymałość swojego ciała i odzyskać poczucie życiowej równowagi? O swojej najnowszej książce opowiada dr n. med. Krzysztof Krupka.

LNE: W książce „Ciało i stres” rozwija pan wiele tematów, o których rozmawialiśmy w ostatnich latach na łamach LNE. Uzupełnia je pan praktycznymi wskazówkami i ćwiczeniami. Czy możemy nazwać tę pozycję poradnikiem?
Krzysztof Krupka:
Myślę, że tak. Książka podsumowuje ćwierć wieku moich obserwacji stresu. Chciałem pokazać ten problem wieloaspektowo, ale też praktycznie, w sposób przystępny i przyjazny dla czytelników. Wyjaśnić nie tylko, czym jest stres, ale też jak możemy uwalniać go z ciała, emocji i myśli. Myślałem między innymi o moich pacjentach – nie jestem w stanie indywidualnie przekazać każdemu z nich tak dużej dawki wiedzy podczas naszych spotkań, dlatego chciałem spisać najważniejsze kwestie, by każdy mógł spokojnie zapoznać się z nimi w domu.

Dużo miejsca poświęca pan diagnostyce stresu — zarówno technologii STRD, jak i symptomom związanym z postawą ciała czy wyglądem skóry. Dlaczego taka diagnoza jest potrzebna? Nie czujemy, że jesteśmy zestresowani?
Wbrew pozorom bardzo często nie. Zwłaszcza jeśli stres utrzymuje się długo, a my nie jesteśmy skoncentrowani na swoim ciele. Na przykład wrzody żołądka: ludzie często nie zwracają uwagi na to, że w określonych sytuacjach boli ich brzuch. Czekają i czekają, aż wreszcie okazuje się, że mają zaawansowaną chorobę wrzodową, która przecież nie rozwija się w ciągu kilku dni. Ciało jest jak antena, reaguje na wszystkie bodźce i mobilizuje się do działania, biorąc na siebie skutki napięć emocjonalnych i mentalnych. Tymczasem umysł często nie rejestruje tego, co dzieje się z naszą fizycznością. Kiedy stanie nam serce, mózg orientuje się, że to się stało, dopiero po sześciu sekundach. Ta rozdzielność sprawia, że im bardziej koncentrujemy się na problemach, tym słabiej odczuwamy sygnały płynące z ciała. Jeśli ktoś się cały czas boi, w pewnym momencie przestaje to czuć. Najbardziej jaskrawy przykład to żołnierze pozostający w śmiertelnym zagrożeniu podczas misji bojowych – w pewnym momencie wielu z nich przestaje odczuwać reakcje stresowe. Działają automatycznie, bez emocji. Dopiero kiedy wracają do kraju i czynnik stresowy znika, okazuje się, jakie szkody wyrządził. Wówczas ciało zaczyna reagować, pojawia się zespół stresu pourazowego. Podobny, choć słabszy mechanizm występuje u ludzi, którzy żyją w permanentnym napięciu spowodowanym na przykład toksycznym związkiem, chorobą najbliższej osoby czy obciążającą pracą. Takie osoby funkcjonują w stanie skrajnej mobilizacji, w której sygnały z ciała słabną i słabną, aż zupełnie znikają. Organizm nie może funkcjonować w ten sposób bez końca, musi dać sygnał do odreagowania. Takim sygnałem bardzo często jest choroba. 

Choroba pojawia się, żeby nas chronić?
Najczęściej właśnie tak. Ciało jest nastwione na przetrwanie. Kiedy nie ma innych możliwości regeneracji, tworzy chorobę, która albo kumuluje skutki stresu w danym miejscu w ciele, żeby chronić inne narządy, albo ma za zadanie nas spowolnić, dać sygnał do odpoczynku. Tymczasem ludzie chcą każdą niedyspozycję jak najszybciej zlikwidować i pędzić dalej. Najlepszy przykład to katar, co po grecku znaczy oczyszczenie. Infekcje, które często przechodzimy jesienią i wiosną, mogą oznaczać właśnie, że organizm chce odpocząć i się oczyścić. My nie mamy na to czasu, więc bierzemy różne reklamowane leki, które blokują objawy przeziębienia, i pracujemy jak zwykle. Choroba po kilku dniach niby odpuszcza, ale ponieważ ciało nie miało czasu na regenerację, problem zaczyna się tlić i może stanowić podłoże dla różnych schorzeń. 
Dzięki odpowiedniej diagnostyce możemy pokazać, w których obszarach ciała kumuluje się stres, i poszukać przyczyny. Zastanowić się, w jakich sytuacjach bolą kolana, a w jakich głowa i co to może oznaczać. Sama diagnoza jest już pewną formą terapii, bo wpływa na percepcję siebie i motywuje do zmian. Pacjent otrzymuje informacje, które może spożytkować dla swojego dobra. Stopniowo uczy się też samodzielnego odbierania sygnałów płynących z ciała. 

Dlaczego do pewnego momentu radzimy sobie ze stresem, a potem już nie?
Stres to fizyczna, emocjonalna i mentalna odpowiedź na zmieniające się bodźce. Sam w sobie jest dobry, bo stymuluje nas do aktywności i zmian. Pozwala odpowiednio reagować na wyzwania, które stwarza nam otoczenie. Jednak każdy inaczej radzi sobie ze stresem i nie zawsze jesteśmy w stanie go przetworzyć w dobry dla nas sposób. Przeciążenie stresem występuje, gdy bodźce płynące ze środowiska są zbyt silne w stosunku do naszych zasobów. Następuje moment, w którym przekraczamy granicę swoich możliwości. Jest kilka czynników, od których zależy wielkość tych zasobów. Kurczą się one między innymi wraz z wiekiem. Młode ciało jest elastyczne i odporne, może sprawnie reagować na różnego rodzaju bodźce stresowe, choćby na zmienną temperaturę. Podobnie jest z emocjami i przekonaniami – w miarę obrastania w życiowy bagaż coraz bardziej się usztywniamy. Pytanie, jak bardzo obciążymy się sytuacjami, które działają na nas jak kotwice – jakbyśmy ciągnęli za sobą ciężary. Często mówię pacjentom: nie po to spinałeś się przez czterdzieści lat, żeby teraz się rozpiąć w dwa miesiące. Jeśli nie uwalniamy się od stresu na bieżąco, nie odcinamy kotwic i nie regenerujemy naszych zasobów, terapia musi być długotrwałym procesem.  

Książka opisuje szereg praktycznych sposobów radzenia sobie ze stresem, takich  jak odpowiednie odżywianie, ćwiczenia, terapia światłem i wodą. Czy one pomagają nam przygotować się na stres i go zmniejszyć, czy tylko chronią nasze ciało przed niektórymi jego skutkami?
Człowiek ma dużą zdolność adaptacji do stresu poprzez modyfikowanie reakcji energetycznych organizmu. Jednak aby ten proces przebiegał prawidłowo, potrzebne są określone składniki i warunki. Proszę wyobrazić sobie człowieka, który wyczynowo uprawia sport, a nie odżywia się odpowiednio – bardzo szybko odbije się to na jego zdrowiu. Jeśli natomiast będzie sobie dostarczał wszystkich potrzebnych substancji i efektywnie wypoczywał, ma szansę na stopniowe zwiększenie możliwości swojego ciała. To dotyczy każdego z nas – styl życia, który prowadzimy, wpływa na nasze zasoby energetyczne. Przede wszystkim należy więc odpowiednio się odżywiać. Pomocne mogą być również rośliny adaptogenne,  które mają to do siebie, że zawierają cały garnitur różnych składników aktywnych, z których organizm czerpie to, co mu w danym momencie potrzebne. Najbardziej znany adaptogen to żeń-szeń, ale jest ich dużo więcej. 
Poza odżywianiem potrzebne nam są jeszcze dwa elementy. Pierwszy to woda, przy czym nie chodzi tylko o jej wystarczającą ilość czy chemiczną czystość, ale o skuteczność jako nośnika tlenu. Aby skutecznie dostarczać go do komórek, woda w naszym ciele powinna mieć odpowiednią strukturę fizyczną – być uporządkowana, jeśli chodzi o przestrzenny układ cząsteczek. Trzeci element to energia. Przede wszystkim chodzi o ciepło pochodzące ze słońca, czyli światło podczerwone, które wpływa na wodę w naszym ciele i wprawia ją w ruch, tak jak słońce topi lodowiec. Energię zapewniają też dobre warunki życia, kontakty z innymi ludźmi, z przyrodą, nasze pasje. Wszystko to nas odstresowuje, zwiększając wytrzymałość.

A dlaczego poleca pan jogę?
Bo zawiera bardzo spójny system uwalniania stresu z ciała, który doskonalono właśnie w tym celu przez kilka tysięcy lat. Ważne jest, że w jodze ćwiczymy ciało i umysł jednocześnie – nie należy tego oddzielać, bo specyfika jogi polega właśnie na tym, by uczyć się świadomej obecności w ciele. Spójrzmy, jak ludzie ćwiczą – na siłowni czy podczas biegania słuchają na słuchawkach głośnej muzyki, a myślą jeszcze o czymś innym. Taka ilość bodźców sprawia, że zamiast redukować napięcie, jeszcze bardziej się obciążają. Tymczasem joga pozwala uwalniać stres poprzez reagowanie na sygnały płynące z ciała.

Poza sposobami dbania o ciało opisuje pan, jaki wpływ na zdrowie mają nasze życiowe postawy. Namawia pan do poszukiwania swojej optymalnej ścieżki życiowej – jak rozumieć to pojęcie?
Dla mnie to równowaga między „chcę” a „muszę”, dzięki której mogę skoncentrować się na tym, co „mogę”. Jeśli mamy zbyt dużo pragnień, cały czas za czymś gonimy i wciąż nie jesteśmy z siebie zadowoleni, w końcu gubimy rytm, skazując się na przeciążenie. Nie potrafimy być obecni tu i teraz, tylko nieustannie wybiegamy myślami w przyszłość. Jeśli natomiast cały czas myślimy tylko o tym, że coś musimy, czujemy się przytłoczeni i tracimy naturalny napęd, który dla każdego człowieka stanowią jego pragnienia. Wtedy warto zadać sobie pytanie: czego chcę. Myśląc tylko o tym, co musimy, albo tylko o tym, czego byśmy chcieli, nigdy nie uzyskamy równowagi, która jest związana z koncentracją na obecności we własnym ciele. Warto myśleć przede wszystkim o możliwościach – realnie je oceniać i wykorzystywać dla swojego dobra. To jest właśnie stan optymalnej ścieżki życiowej. 

Mówi pan na podstawie doświadczeń z osobami ciężko chorymi, że one często deklarują chęć życia, ale to nie wystarczy jako cel sam w sobie — potrzebne są inne pragnienia. 
Ludzie często chcą wrócić do sytuacji, w której byli przed chorobą. A przecież to właśnie owa sytuacja wywołała stan chorobowy. Żeby poradzić sobie na przykład z nowotworem, trzeba dokonać dużych zmian. Samo pozytywne myślenie w tym wypadku nie działa. Nie wystarczy zamienić dotychczasowe „chcę” na „chcę żyć”, albo dotychczasowe „muszę” na „muszę żyć”. Trzeba zastanowić się, co mogę zrobić w danym momencie dla siebie, dla swojego zdrowia, i zacząć od prostych kroków.

Pisze pan dużo o relacji między móz- giem i sercem, podkreślając rolę tego drugiego narządu jako ośrodka życia. To trochę kontrowersyjne, bo we współczesnym świecie zachodnim bardzo koncentrujemy się na mózgu jako centrum sterowania całym ciałem.
Bo przywiązujemy ogromną wagę do sfery mentalnej, właściwie zapominając, że mamy ciało. Jeśli zwracamy uwagę na wartość naszego życia jako takiego, doceniamy serce, które zajmuje się jego podtrzymywaniem. To zbliża nas do jedności ciała i umysłu, do świadomej obecności w ciele. Serce jest najważniejszym ośrodkiem ciała w wielu kulturach – starożytni Egipcjanie mumifikowali ciało z sercem, a mózg wyrzucali. Także w Europie tradycyjnie mówimy, że robimy coś z ciężkim lub lekkim sercem, że ktoś ma czyste lub mężne serce. Tkwi w tym mądrość, której nie należy lekceważyć. Praca mózgu jest fascynująca, ale to serce ożywia nasze ciało. Współczesna zachodnia nauka powinna moim zdaniem nieco zrewidować swoją koncentrację na sferze mentalnej, bo taka postawa prowadzi do bezduszności. Co z tego, że na przykład zdiagnozujemy chorobę i zapewnimy pacjentowi najnowsze leki, metody czy urządzenia, jeśli on czuje się zwyczajnie niepotrzebny. Każdy lekarz wie, że taka osoba nie wyzdrowieje. Jeśli pracujemy z sercem, w dowolnej dziedzinie, efekty są nieporównywalnie lepsze. 

Rozmawiała Olga Filanowska