Mikroodżywianie

Z Martą Mieloszyk-Pawelec, prekursorką mikroodżywiania i healthy aging w Polsce, rozmawiamy o jej studiach na kierunku mikroodżywianie i medycyna zdrowia prestiżowego Université de Bourgogne.

LNE: Jest pani farmaceutą i kosmetologiem. Dlaczego zdecydowała się pani na kolejne studia?
Marta Mieloszyk-Pawelec:
Ze względu na charakter mojej pracy interesowała mnie relacja między wnętrzem organizmu a skórą. Chciałam lepiej zrozumieć, jakie mogą być wewnętrzne przyczyny różnych zaburzeń skórnych. Dziesięć lat temu na kongresie w Paryżu po raz pierwszy zetknęłam się z koncepcją medycyny prewencyjnej i od razu się nią zachwyciłam. Poruszył mnie zwłaszcza wykład dotyczący wpływu niedoborów pokarmowych w organizmie i zaburzeń komórkowych na samopoczucie i dobrostan człowieka. Coraz bardziej interesowałam się tą tematyką, aż kilka lat temu dowiedziałam się o studiach podyplomowych z mikroodżywiania. Problemem była bariera językowa – zarówno w Belgii, jak i we Francji ten kierunek wykładany jest wyłącznie po francusku. Zaczęłam więc uczyć się języka, co zajęło mi trzy lata. Wciąż wydawało mi się, że umiem trochę za mało, ale mój mąż dopingował mnie, żebym już aplikowała, i udało się.

Czego dokładnie dotyczy ten kierunek studiów? 
Mikroodżywianie to interdyscyplinarna dziedzina, łącząca elementy dietetyki, medycyny i farmacji. Uczy znajdować połączenia między zaburzeniami zdrowotnymi a ich biochemicznymi przyczynami. U jej podstaw leżą badania nad źródłami chorób cywilizacyjnych. Mikroodżywianie analizuje związki między odżywianiem i zdrowiem pacjenta, pokazując, jaka jest rola mikroskładników w utrzymaniu prawidłowej kondycji komórek. Dążymy do tego, żeby otrzymywały one w odpowiedniej ilości wszystkie składniki, które są im potrzebne do optymalnej pracy. Do stosowania tej koncepcji potrzebna jest duża wiedza biochemiczna i znajomość szlaków metabolicznych w naszym ciele. Na studiach uczymy się też norm poszczególnych składników aktywnych – jakie są ich właściwe poziomy w organizmie, jakie parametry o tym świadczą, jakich dawek powinniśmy sobie dostarczać w pożywieniu czy – w przypadku osób o szczególnych potrzebach – w suplementach.

A jak rozumieć określenie „medycyna zdrowia”?
Chodzi właśnie o dążenie do wspomnianego optimum, dobrostanu, jak najlepszego funkcjonowania ciała. Zdrowie to coś więcej niż brak chorób. Przyglądamy się nie tylko występującym jednostkom chorobowym, ale też subtelniejszym nieprawidłowościom, które mają wpływ na zdrowie i samopoczucie. Dziś w Europie nie mamy wielkich deficytów żywieniowych skutkujących szkorbutem, wolem czy chorobą beri-beri. Jednak na przestrzeni lat przemysł spożywczy sprawił, że duża część naszej żywności jest zbyt uboga w pierwiastki śladowe – bo na przykład rośliny dojrzewają w sztucznych warunkach albo są zrywane przed okresem dojrzewania i długo przechowywane. Wszystko to powoduje tzw. marginalne deficyty mikro-składników. Dopiero teraz zaczynamy zwracać na to uwagę, a problem narasta od lat dziewięćdziesiątych. Wystarczy niedobór jednego mikroelementu, by zakłócić ważne szlaki metaboliczne w naszym ciele. Jeśli uda nam się uniknąć takich sytuacji, nie tylko znajdziemy się kilka kroków przed chorobą, ale też będziemy lepiej się czuć i lepiej wyglądać. Na tym moim zdaniem opierać się będzie medycyna przyszłości – na bardzo zindywidualizowanej profilaktyce.

Jakich metod diagnostycznych można się nauczyć podczas takich studiów?
W pracy z pacjentem zaczynamy zazwyczaj od interpretacji objawów, a następnie wykonuje się zaawansowane badania laboratoryjne, które potwierdzają lub wykluczają pierwsze przypuszczenia. Na przykład jeśli ktoś ma zimne dłonie i stopy i jest ciągle zmęczony, można przypuszczać, że ma niedobory żelaza. Wyniki klasycznych badań krwi mogą być przy tym dobre, ale komórkom wciąż brakuje tego pierwiastka. 
Właściwym parametrem nie będzie tu bowiem poziom żelaza w surowicy, tylko ferrytyna, czyli białko, które wiąże żelazo i jest jego rezerwuarem w tkankach.
Poza diagnostyką studia uczą terapii z zastosowaniem diety i preparatów o różnej sile działania. Dają dużą wiedzę o skutkach ubocznych leków. Jest też element fitoterapii – nauki o związkach chemicznych pochodzących z roślin i terapiach ekstraktami roślinnymi.

Z jakimi pacjentami można w ten sposób pracować?
Możliwości są bardzo szerokie i fascynujące, bo te zagadnienia dotyczą zdrowia każdego z nas. Oczywiście najbardziej obiecująca i ciekawa jest możliwość pracy z osobami o szczególnych potrzebach, na przykład z dziećmi autystycznymi, pacjentami o obniżonej odporności, cierpiącymi na choroby tarczycy, seniorami, kobietami w ciąży czy osobami dotkniętymi syndromem metabolicznym (otyłość brzuszna, nadciśnienie, wysoki cholesterol). Ta ostatnia grupa to moje ulubione zawodowe wyzwanie, któremu poświęciłam pracę dyplomową. W Polsce mamy wciąż mało wiedzy o tym, jak pomagać pacjentom cierpiącym na skutek zmian cywilizacyjnych i zachodniej diety. Wiele z tych osób zażywa dużo leków, których skutki uboczne trzeba wziąć pod uwagę, rozważając, jak powinniśmy wesprzeć wątrobę, co się dzieje w jelitach, jakie zmiany w żywieniu i jaką suplementację zastosować. Bardzo ciekawa jest też praca z chorymi na tarczycę poprzez zmianę modelu żywienia i specjalną suplementację. 

To alternatywa dla leczenia farmakologicznego?
Decyzje podejmuje zawsze endokrynolog, ale często zmiany w stylu życia pozwalają uniknąć stosowania euthyroxu. Na studiach dowiedziałam się, że zmiany w pracy tarczycy mogą obrazować zaburzenia zupełnie innych organów, zwłaszcza wątroby i jelit. W takim przypadku leki maskują problem, a zaburzenia pracy tarczycy postępują. Okazuje się, że aktywny hormon trójjodotyronina jest produkowana w tarczycy tylko w 10 procentach, a reszta to produkcja obwodowa, głównie w jelitach i wątrobie. Można więc zaproponować probiotyki, suplementy i wspomóc pracę wątroby odpowiednią dietą. Panuje przekonanie, że przy wszelkich zaburzeniach tarczycy nie można jeść warzyw z grupy krzyżowych: kapusty, brukselki, kalafiora, brokułów. Tymczasem przy nadczynności działają one korzystnie, bo blokują nadmierną produkcję T3. 

Jak ta wiedza wpływa na pani codzienną pracę?
Jeśli problemem są na przykład przebarwienia, już ze wstępnego wywiadu często wynika, że przyczyna leży w problemach z wątrobą. Mam wtedy do dyspozycji różne narzędzia, między innymi program komputerowy do poglądowej analizy funkcjonalno-żywieniowej. Po wprowadzeniu szeregu danych pozwala on określić, jaka dysfunkcja jest najistotniejsza w przypadku danej osoby. Można na tym poprzestać, ale jeśli jest taka potrzeba, to przechodzimy do badań laboratoryjnych. Korzystam z usług specjalistycznych, zagranicznych laboratoriów profilaktyki zdrowotnej, które mają bardzo wąskie normy, a jednocześnie badają stężenia substancji w błonach komórkowych. Dzięki temu wiemy, ile danej substancji realnie przenika do komórek, co jest istotne na przykład u osób z zaburzonym wchłanianiem w jelitach.
Jeśli usiądzie przede mną ktoś, kto skarży się na permanentnie przesuszoną skórę, zazwyczaj wystarczy szczegółowy wywiad, by ustalić, czy przyczyną jest niewłaściwa podaż tłuszczów w pożywieniu. Wówczas w pierwszej kolejności proponuję zmianę diety. Jeśli niedobory są duże i potwierdzimy je diagnostyką laboratoryjną, to kwasy tłuszczowe wprowadzamy też w formie suplementacji. Ponieważ pracuję w dziedzinie urody, w takim przypadku wykorzystuję je również w zabiegach gabinetowych i w pielęgnacji domowej.

Jacy specjaliści najczęściej studiują mikroodżywianie?
Przede wszystkim farmaceuci i lekarze bardzo różnych specjalizacji, których interesuje optymalizacja zdrowia pacjenta na poziomie całego organizmu. Moimi bliskimi koleżankami na studiach były internistki, z których jedna tworzy właśnie restaurację serwującą menu opracowane zgodnie z założeniami mikroodżywiania. Co ciekawe, na naszym roku była także lekarz anestezjolog, która chciała dowiedzieć się, jak najlepiej przygotować pacjenta do zabiegu i co zrobić, żeby pomóc mu potem w szybszej regeneracji. 
W Belgii czy Francji nie ma problemu, by na wykładzie lub konferencji siedzieli razem lekarz, farmaceuta, osteopata i położna. To zrozumiałe, że tę samą wiedzę każdy z nich wykorzysta w swojej pracy dla dobra pacjentów. U nas silniej zaznacza się rywalizacja i spory kompetencyjne między różnymi grupami zawodowymi.

Czy po odbyciu tych studiów ma pani jakieś refleksje na temat edukacji kosmetologów w Polsce?
Jestem przekonana, że element nauczania o mikroodżywianiu byłby bardzo cenny zarówno w kosmetologii, jak i w medycynie estetycznej. Moim zdaniem bez tego nie da się dziś skutecznie pracować w żadnej dziedzinie związanej ze zdrowiem czy urodą.

Rozmawiała Olga Filanowska